Najbardziej oryginalna i zapadająca w pamięci seria Marvel Now to bez wątpienia Hawkeye Matta Fractiona z błyskotliwymi rysunkami Davida Aja. Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy, dlatego mam dziś recenzję finałowego już tomu sygnowanego nazwiskami obu panów. Oto Hawkeye: Rio Bravo.

Seria Hawekeye:

1. Hawkeye Tom 1: Moje życie to walka
2. Hawkeye Tom 2: Lekkie trafienia
3. Hawkeye Tom 3: L.A Woman
4. Hawkeye Tom 4: Rio Bravo

Po wycieczce na Zachodnie Wybrzeże USA, gdzie towarzyszyliśmy Kate Bishop, wracamy do Nowego Jorku, do Clinta Bartona, oryginalnego Hawekeye’a. Album zaczynamy od pojedynczego zeszytu zrealizowanego we stylu amerykańskich kreskówek. Zeszyt pełni rolę Annuala i jest dość zabawny. Nie ma, co prawda żadnego znaczenia dla fabuły komiksu, ale stanowi przyjemną rozgrzewkę przed głównym daniem.

W życiu Clinta po raz kolejny pojawia się jego brat Barney. Chłopaków łączy braterska miłość, ale dzieli zupełnie inne podejście do życia. Skłonny do ściągania problemów Barney szuka łatwego sposobu na wzbogacenie się, tymczasem Clint, gdy nie jest potrzebny Avengers, wolny czas spędza w ciszy, ewentualnie pomaga sąsiadom. Mimo różnic bracia próbują znaleźć wspólny język i dość szybko wplątują się w konflikt z miejscową dresiarską mafią, która od pewnego już czasu chce przejąć kamienicę, w której mieszka Hawkeye.

Rio Bravo wykorzystuje Barneya, by rozwinąć postać Clinta. W wielu dramatycznych momentach dostajemy retrospekcje z ich wspólnego dzieciństwa, które pokazują, co ukształtowało chłopaków. Ich życie nie było usłane różami, więc dużo lepiej możemy zrozumieć, czemu Clint często okazuje się dupkiem i nie radzi sobie w kontaktach międzyludzkich. Fantastycznie podsumowuje to dotychczasowe wydarzenia i pozwala na spektakularny, jak na tę serię, finał.

Komiks kupicie taniej w sklepie Egmontu

Album wspomagali inni rysownicy (w #17 rysunki wykonał Chris Eliopoulos, a #12 Francesco Francavilla), ale większość to robota Davida Aja. I w dalszym ciągu wygląda to genialnie. Oszczędne, mało kontrastowe kolory i skupianie się na szczegółach w poszczególnych scenach (lecąca strzała, upadający pistolet itp.) przy jednoczesnym niezbyt bogatym w detale otoczeniu to jego znak rozpoznawczy. W Rio Bravo dodał coś jeszcze. W pewnym momencie Clint stracił słuch, więc przez jakiś czas widzimy tylko puste dymki mówiących do niego ludzi, a co jakiś czas wypowiedź okraszona jest szkicem znaku migowego. Jest to niesamowicie oryginalne i zabawne rozwiązanie.

Będę tęsknił. Hawkeye Tom 4: Rio Bravo to fantastyczne pożegnanie z serią Matta Fractiona i Davida Aja. Jest tutaj wszystko, co zachwycało od samego początku serii, ale chłopaki, co i rusz dorzucają kolejny oryginalny ficzer. Chciałoby się więcej takiego Marvela. Polecam!

Egzemplarz do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Egmont