W swoim trzecim sezonie Fear The Walking Dead stopniowo podnosiło poziom, by w ostatecznym rozrachunku przeskoczyć swój pierwowzór. Klasycznie uczeń przerósł mistrza, co nie powinno mieć miejsca porównując budżety i popularność obu serii. W obliczu tragicznie słabego ósmego sezonu The Walking Dead twórcy spin-offa nie tylko zdobyli jedną z ważniejszych postaci, dla której zaczęło brakować miejsca, ale postanowili jeszcze bardziej popracować nad jakością. Jak wypada pierwsza część czwartej serii? Moja recenzja.

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Miałem napisać recenzję całego czwartego sezonu, ale twórcy pokrzyżowali mi plany. Fear The Walking Dead w czwartej serii ma dwa zupełnie inne oblicza, można nawet powiedzieć, że to dwa zupełnie inne seriale. W przypadku pojedynczej recenzji nie dałoby rady przedstawić tych dwóch stron medalu bez atakowania spoilerami, stąd decyzja o dwóch tekstach.

Czwarta seria jest miękkim restartem. Twórcy nie odcinają się od poprzednich wydarzeń, również tych na tamie, ale zafundowali nam przeskok w czasie, który rozwiązali bardzo ciekawie. Sezon zaczyna od wielkiego transferu. Tak oto do Fear The Walking Dead dołącza Morgan, jedna z ważniejszych postaci The Walking Dead. Na samym początku premierowego odcinka dowiadujemy się, że po potyczce z Neganem zamieszkał samotnie na śmietnisku. Co jakiś czas odwiedzają go przyjaciele, żeby nakłonić do powrotu do Alexandrii, ale po rozmowie z Rickiem Morgan zdecydował się wyruszyć na zachód. Po drodze spotyka szukającego ukochanej rewolwerowca Johna i Al, dziennikarkę podróżującą opancerzonym wozem SWAT, która stara się nagrać opowieści wszystkich napotkanych ludzi.

Akcja na dobre rozpoczyna się, gdy wpadają na Alicię, Stranda i Nicka, zdesperowanych, wychudzonych i wycieńczonych ciągłą podróżą. Gdy bohaterowie wreszcie łączą siły dowiadujemy się, co działo się z nimi przez ostatnie miesiące. I, przede wszystkim, gdzie jest Madison? Na to i wiele innych pytań odpowiedzi nie poznamy od razu. Scenarzyści zaserwowali nam akcję w dwóch liniach czasowych, które rozróżniamy przez inny filtr założony na obraz. W teraźniejszości nowi sprzymierzeńcy powoli się docierają, mamy szokujące (bardzo szokujące!!!) śmierci i całkiem sporo akcji.

Zupełnie inaczej wyglądają retrospekcje. Po wydarzeniach na tamie zdecydowano odpuścić sobie pokazywanie, jak wszyscy się odnaleźli tylko po prostu rzucono ich w jedno miejsce. Madison, Alicia, Nick, Strand, a nawet Luciana znów są razem i próbują ułożyć sobie życie w rosnącej społeczności na zaadaptowanym do tego celu stadionie futbolowym. Jednak, jak to w świecie żywych trupów bywa, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał to miejsce przejąć. Jednakże mimo realnego zagrożenie nie mamy tutaj strzelanin tylko powolne rozwijanie akcji do momentu, który doprowadził bohaterów do spotkania z Al.

Reasumując pierwsza część czwartego sezonu Fear The Walking Dead wypada znakomicie. Przeskok w czasie i wprowadzenie nowych bohaterów mocno podniosło poziom i daje solidne powodu do wstydu Rickowi i reszcie ferajny. Dużo emocji, wielkie śmierci oraz akcja w dwóch liniach czasowych to naprawdę solidny zestaw argumentów. Świetne osiem odcinków, które polecam każdemu.

7/10