Tom Hardy, jeden z najlepszych aktorów Hollywood i Venom – jak pięknie to brzmiało przy pierwszej zapowiedzi. Film właśnie trafił na ekrany, a my możemy przekonać się jak prezentuje się solowy film arcywroga Spider-Mana.

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Venom powinien należeć do MCU, ale prawa do postaci posiada Sony. Deal z Disney Marvel opiewał jedynie na osadzenie Spider-Mana w Kinowym Uniwersum Marvela, pozostałe postaci zostają w portfolio Sony. Oznacza to, że Venom leży gdzieś pomiędzy nowym uniwersum Spider-Mana, a wielkim MCU. Co ciekawe Sony podjęło decyzję o stworzeniu serii filmów z Pajęczego świata… bez Spider-Mana. Oznacza to, że zobaczymy jeszcze kilka produkcji z postaciami bezpośrednio kojarzonymi z Peterem Parkerem, ale Pająka tam nie będzie lub pojawi się w jakimś epizodzie. Trochę to pokręcone.

Akcja rozgrywa się w San Francisco, czyli prawie 5000 kilometrów od nowojorskiej dzielnicy Queens, gdzie mieszka Spider-Man. Eddie Brock, równie utalentowany, co nieokrzesany dziennikarz śledczy w konsekwencji nieudanego śledztwa musiał opuścić Nowy Jork i przenieść się na Zachodnie Wybrzeże. W San Francisco poznał kobietę, z którą układa mu się doskonale i planują ślub. A program, który prowadzi dla lokalnych mediów bije rekordy popularności. Wszystko zmienia się, gdy Eddie dostaje wywiad na wyłączność z guru Doliny Krzemowej Carltonem Drake’em. Drake, wizjoner pokroju Elona Muska, który zasłynął postępami w leczeniu raka zaczął zmieniać swoje zainteresowania i wykorzystywać zgromadzone środki do przełomowego i niesamowicie niebezpiecznego przedsięwzięcia. Postanowił bowiem sprowadzić na Ziemię i zaadaptować do naszych warunków kosmiczne symbionty. Jak zapewne wiecie, zrządzeniem losu jeden z symbiontów za nosiciela wybiera sobie Ediego. Venom, bo tak nazywa się pozaziemski byt żeruje na ciele nosiciela, a w zamian oferuje mu wyjątkowe zdolności i wytrzymałość.

Fabularnie to origin story nie wypada najgorzej, na pewno nie tak źle jak rysowali to przedpremierowi recenzenci. Duża w tym zasługa Toma Hardy’ego, który wyciągnął z postaci Eddiego ile tylko się dało. Facet wypada dużo bardziej autentycznie niż taki Scott Lang, człowiek borykający się z podobnymi konsekwencjami własnych czynów. Brock jest autentycznie rozbitym gościem, który nie potrafi znaleźć swojego miejsca, ale duma i poczucie sprawiedliwości nie pozawala mu na kompromisy. Świetnie sportretowana postać.

Druga sprawa to znakomity czarny humor. Eddie rozmawia z siedzącym w nim Venomie, non stop sobie dogryzają lub jakby nigdy nic rozmawiają o odgryzaniu głów. Nie czuć tutaj nachalności i żartów wrzuconych na siłę. Sceny humorystyczne pojawiają się w odpowiednich momentach i doskonale rozładowują napięcie.

I wtedy przychodzi nieszczęsna 50 minuta (no, na oko) filmu. Zaczyna się chaos i wielkie fabularne dziury. Przed premierą Hardy wspominał o masie dobrych usuniętych scen. I to widać. Ciąg przyczynowo skutkowy zaczyna szwankować, bohaterowie wiedzą o rzeczach, o których wiedzieć nie powinni, a Venom kompletnie zmienia swój charakter. Nie wiadomo, dlaczego zaczął podejmować takie, a nie inne decyzje i co go do tego skłoniło. Kompletnie nie rozumiem, co się tutaj wydarzyło, ale mogę pospekulować.

Film jest dozwolony od lat 13. Z tego też powodu nie może być zbyt brutalny, a Venom wielokrotnie ociera się o tę granicę. Wydaje mi się, że wiele scen, nawet pomimo braku krwi, było zbyt brutalne, a tych wyciętych nie udało się złagodzić, stąd spore cięcia. Świadczy o tym również słownictwo i padające w kółko „shit” zastępujące cisnące się postaciom „faki”. Jeden nawet się uchował. To wszystko sprawia, że świetne wrażanie z pierwszej części filmu zostaje kompletnie zatarte, a główny przeciwnik pojawia się ot tak, bez przedstawienia. Dowiadujemy się tylko, że to wielki twardziel i nikt nie ma z nim szans. Tak po prostu…

Dwa oblicza, tak mógłbym opisać film Venom. Pierwsza część filmu, origin story antybohatera, jest fantastyczna. Takie mocne 8/10. Dobre wyważenie akcji, świetny Tom Hardy i sporo czarnego humoru. Kolejne pół godziny to z kolei chaotyczne przeskakiwanie z wątku do wątku, by jakoś zakamuflować fabularne dziury mnożące się w błyskawicznym tempie. Sam finał (ostatnie 10 minut) się broni i daje nadzieję na bardzo dobrą kontynuację, ale w ogólnym rozrachunku dostaliśmy średniaka.