NEED FOR SPEED PAYBACK – Recenzja pssite

REKLAMA



Czekałem na Need for Speed: Payback, ponieważ ekipa Ghost Games dostarczyła mi wiele frajdy dwa lata temu za sprawą klimatycznego i wyjątkowo grywalnego Need for Speed. Wcześniej wyrzeźbili Rivals, więc doświadczenie zdobyte, gusta graczy poznane i kolejne gry mogą być tylko lepsze… Teoretycznie.

Tak zaczyna się moja recenzja Need for Speed Payback, jaką możecie przeczytać na pssite.com. Z oczywistych względów nie mogę publikować całości, więc podzielę się ogólnymi wrażeniami z gry.

Splatynowałem wydaną w 2015 roku grę Need for Speed, więc nie muszę wspominać, że gra trafiła w mój gust i bawiłem się z nią bardzo dobrze. Payback odchodzi od scenek z prawdziwymi aktorami i serwuje przerywniki stworzone na silniku Frostbite. Trzeba bowiem wiedzieć, że gra swój charakter mocno zgapia z filmowej serii Szybcy i Wściekli, ale fabuła jest o wiele słabsza i napakowana całą masą debilizmów. Rozumiem konwencję i nie mam  nic przeciwko, natomiast oczekuję choć troszkę polotu. Troszeczkę.

Sama rozgrywka to NFS jakiego znamy od lat. Wyścigi po ciekawej mapie, driftowanie po górskich serpentynach, skopane wyścigi na 1/4 mili, ucieczki przed policją i, nowość, trochę off-roadu. Oprócz zawodów czeka na nas mnóstwo aktywności w postaci wyzwań, szukania znajdziek, czy szukaniem wraków legendardnych samochodów.

Wszystko byłoby ekstra, gdyby Payback nie został zniszczony przez frajerski model ekonomiczny. Zamiast zarabiania kaski, kupowania usprawnień i tuningu wedle naszego upodobania, zbieramy LOSOWE karty wpływające na osiągi aut. W ten sposób twórcy (a raczej wydawca, czyli EA) wymyślili sobie sposób na zarabianie dodatkowych pieniędzy. Oprócz kosmetyki aut, w skrzynkach, które kupujemy za prawdziwe pieniądze znajdziemy wyjątkowe ulepszenia mocno skracające niepotrzebne aktywności. A gdy nie płacimy? Wtedy powtarzamy w kółko przejechane już wyścigi i liczymy na łut szczęścia przy losowaniu ulepszeń… Ulepszeń, które są wymagane do progresu… Totalna porażka.

Cały tekst możecie przeczytać tutaj. Wystawiona ocena to wypadkowa decyzji, która nie ma racji bytu i niejako oszukuje graczy. Płacąc 250zł za grę możemy się spodziewać, że ta zrobi wszystko, żeby pokazać nam, że bez dodatkowej kasy zabawa jest co najwyżej bardzo średnia. Duże rozczarowanie!

GRZECH PIERWORODNY. THOR I LOKI: DZIESIĄTY ŚWIAT – Recenzja

REKLAMA



GRZECH PIERWORODNY. THOR I LOKI: DZIESIĄTY ŚWIAT – Recenzja

Grzech Pierworodny, arcyciekawy event Marvela zahaczył większość bohaterów uniwersum (nawet Deadpoola) i mocno wśród nich namieszał. Kolejnymi ofiarami sekretów ujawnionych przez oko Watchera jest sam Thor, który ujrzał największą tajemnicę swego ojca. Recenzja komiksu Thor i Loki: Dziesiąty Świat.

Gdy Orb zniszczył oko Watchera (patrz Grzech Pierworodny) obecni na miejscu superbohaterowie ujrzeli największe tajemnice dotyczące ich samych oraz bliskich. Thor dowiedział się nie tylko, że ma siostrę, ale także poznał skrywaną tajemnicę o istnieniu Dziesiątego Świata, który został odseparowany przez Odyna i przez to całkowicie zapomniany. Thor oraz Loki wybierają się do sekretnego królestwa, by odnaleźć siostrę. Na miejscu okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się wydawało, a sam Odyn skrywa w szafie wiele trupów.

Thor i Loki stanowią arcyciekawy duet, który ma w sobie sporo potencjału i który bardzo łatwo zepsuć. Tym razem Jason Aaron, wieloletni opiekun Thora i Al Ewing, który serwował serię Loki: Agent of Asgard wyciągają wszystko co najlepsze ze specyficznych więzów łączących przyrodnich braci i dobrze przekładają to na karty komiksu. Z przyjemnością poczytałbym serię skupiającą w się w całości na tej dwójce.

Komiks kupicie w sklepie Egmontu

Angelę mogliśmy poznać jako członkinię Strażników Galaktyki. Gdy spotyka Thora i Lokiego nie ma pojęcia, że jest ich siostrą. Nie wie też, że Odyn to jej, od setek lat przekonany o śmierci córki, ojciec. Angela nie znając swojego pochodzenia za największych wrogów uważa Asgardczyków, którzy przecież odizolowali Dziesiąty Świat i stali się największym zagrożeniem dla mieszkańców tego świata. Jej reakcja na informacje o jej pochodzeniu jest bardzo dobrze napisana, a dalsze działania dobrze umotywowane. Nie byłem fanem tej postaci, ale w recenzowanym albumie Angela nabiera nowego, głębszego wymiaru.

Nie da się jednak ukryć, że fabuły jest tutaj niewiele. Zeszyty wypełnione są po brzegi akcją, nie zawsze potrzebną z punktu widzenia scenariusza. Oczywiście sceny walki są bardzo widowiskowe, napakowane pomysłami i fantastycznie dobrane do bohaterów. Wielka w tym zasługa utalentowanych rysowników, bowiem Simone Bianchi i Lee Garbett zaszaleli z fantazją i podrzucili kilka, jeśli nie kilkanaście, spektakularnych kadrów, przy których nie ma się ochoty przekładać strony. Zdarzają się rozmyte tła, co uwierało w pierwszym tomie Anihilacji, ale skala jest nieporównywalnie mniejsza.

THOR I LOKI: DZIESIĄTY ŚWIAT to dobra, aczkolwiek nie wybitna, historia związana z Grzechem Pierworodnym. Thor i Loki dostarczają masę zabawy, Angela staje się o wiele ciekawszą postacią, a rysownicy podlewają to wszystko efektownymi scenami akcji. Nie jest to must have na waszych półkach, ale nie będziecie żałować zakupu.

Egzemplarz do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont

HAWKEYE TOM 2: LEKKIE TRAFIENIA – Recenzja

REKLAMA



HAWKEYE TOM 2: LEKKIE TRAFIENIA – Recenzja

Hawkeye autorstwa Matta Fractiona porwał mnie bez reszty w swoim pierwszym tomie. Zupełnie nowe, bardzo świeże spojrzenie na najzwyklejszego z Avengers zawierało masę humoru, solidną dawkę akcji i bardzo zgrabną fabułę. Nic, wiec dziwnego, że z wielką przyjemnością sięgnąłem po tom drugi zatytułowany Hawkeye: Lekkie Trafienia.

Hawkeye: Lekkie Trafienia zbiera do kupy zeszyty #6-11 z runu prowadzonego przez Matta Fractiona w latach 2012-2015. Pierwszy z zeszytów rozgrywa się podczas uderzenia huraganu Sandy. Clint/Hawkeye zgadza się towarzyszyć swojemu sąsiadowi o ksywce Grills, który wybiera się do swojego zrzędliwego ojca. Historia tego zeszytu jest autonomiczna, ale czyta się ją bardzo dobrze. Bliżej poznajemy Clinta, jego stosunek do przyjaciół i zachowanie superbohatera w starciu z żywiołem. Coś innego, coś nowego. Jestem na tak.

HAWKEYE TOM 1: MOJE ŻYCIE TO WALKA – Recenzja

Zeszyty #7-10 opowiadają jedną historię. Hawkeye dostał poważny oklep na jednej z ostatnich akcji Avengers i postanowił zrobić sobie trochę wolnego. Spotyka się z sąsiadami, Tony Stark pomaga mu zmontować nowiutki sprzęt audio wideo, a ze Spider-Manem i Wolverinem gawędzi sobie o świetnym serialu, którego sezon ma zamiar właśnie nadrobić. Niestety jego chaotyczny styl życia sprowadza spore kłopoty, ponieważ pomagając jednej z poznanych dziewczyn (a przy okazji zrażając do siebie inne), ściąga na siebie rosyjski gang dresiarzy. Kolesie nadużywający słówka „ziom” mimo stwarzanych pozorów, są bardzo groźni i atmosfera staje się bardzo gęsta. Poprzedni tom zawierał dużo akcji i strzelania z łuku, tutaj jest bardziej kameralnie, jeszcze bardziej… zwyczajnie. Mamy zwykłe mordobicia, aresztowania i najzwyklejsze w świecie pyskówki. Co ciekawe, jeden z bossów ma na imię Kazik i jest Polakiem!

Wspomniane gościnne występy Starka, Rosomaka i Pająka napisane są przezabawnie i świetnie podkreślają zwykłą, ludzką stronę superbohaterów. Tego typu mrugnięć okiem jest więcej, ponieważ pojawia się też Mockingbird (Bobbi Morse) przynosząca papiery rozwodowe, a swoje kilka groszy dorzuca też Kate Bishop, czyli nowa Hawkeye. Pod względem humoru i fajnego wykorzystania postaci Hawkeye Fractiona po prostu rządzi. Najważniejsze, że żarty nie wykraczają poza ramy uniwersum i nie zmieniają komiksu w parodię, a są świetnym uzupełnieniem wątku głównego.

Komiks kupicie w sklepie Egmontu

Zamykający ten tom zeszyt #11 to istny majstersztyk. Wydarzenia tego tomu poznajemy z perspektywy… psa Fuksa. Ludzkie słowa to tylko pojedyncze wyrazy, które rozumie zwierzak, reszta to nieczytelny bełkot. Psiak ma własny plan dnia – odwiedzić hydranty, poszperać przy śmieciarce, odwiedzić suczkę itp. Przez zabawne piktogramy dowiadujemy się jak myśli czworonożny przyjaciel i w ten słodki sposób prowadzi nas do gorzkiego zakończenia tego tomu. BOMBA!

Hawkeye Tom 2: Lekkie Trafienia to komiks zupełnie inny niż tom pierwszy. Fraction zabawił się konwencją, wprowadzając jeszcze więcej luzu, a pierwszy i ostatni zeszyt pokazują, że scenarzysta ma naprawdę dużo niekonwencjonalnych pomysłów. Przed nami pewnie jeszcze dwa tomy, ale już teraz wiem, że to wcielenie Hawkeye’a lubię najbardziej. Warto!

Egzemplarz do recenzji dostarczył Egmont

POCZĄTEK – Recenzja

REKLAMA



Najbardziej oczekiwana książka roku, kontynuacja przygód profesora Roberta Langdona, a tym samym Aniołów i Demonów, Kodu Da Vinci, Zaginionego Symbolu i Inferno. Przyznam, że również czekałem na kolejny rozdział serii, nowe zagadki, nowe szyfry i kolejne fantastyczne zwroty akcji. Co dostarczył nam Początek?

Robert Langdon znajduje się w Bilbao w Hiszpanii. Został zaproszony przez swojego byłego studenta, a aktualnie bardzo dobrego przyjaciela Edmonda Kircha. Kirch jest jedną z najbogatszych osób na świecie, a jego elektroniczne wynalazki wykraczają daleko poza znaną nam technologię. Wizjoner jest też ateistą i zatwardziałym przeciwnikiem Kościoła, a raczej wszystkich znanych nam religii. Tego wieczoru Edmond zorganizował wielką prezentację, ponieważ, jak twierdzi, znalazł odpowiedź na wielkie pytanie ludzkości: „skąd przyszliśmy, dokąd idziemy”. Odpowiedź, która wstrząśnie fundamentami wiary i sprawi, że religie będą dla nas jedynie barwnymi opowiastkami.

INFERNO – Recenzja

Brzmi szalenie interesująco! Tylko brzmi, bo jest tak tylko przez kilka pierwszych rozdziałów. Gruba książka jest tak rozciągnięta jałowymi opisami czy to miejsc, czy postaci, czy ich historii, że bardziej przypomina lanie wody, a nie misternie skonstruowaną intrygę popularnej serii. Praktycznie przez wszystkie rozdziały przewijają się frazy „wielkie odkrycie”, „trzęsienie ziemi dla Kościoła” i tym podobne słowa podnoszące napięcie i przygotowujące czytelnika do odkrycia wszystkich kart. A gdy już to następuje to… trudno uwierzyć że chodziło o taką błahostkę. To nie jest zwrot akcji jaki mieliśmy w poprzednich książkach, to nie jest genialne zakończenie Inferno, które zostało ocenzurowane w filmie. Brown ewidentnie nie miał pomysłu, który choćby w połowie dorównał wcześniejszym dokonaniom. Duże rozczarowanie.

Zaskakujące zwroty akcji i wielkie odkrycia zawsze były obecne w książkach Browna, ale seria Roberta Langdona przyciągała mnie zabawą z szyframi, kodami i symbolami. Niestety kolejne rozczarowanie. Na przestrzeni całej książki nie znajdziemy żadnej zagadki, która zasługiwałaby na rozwiązanie przez Langdona. Żadnych krypteksów, żadnych zabaw symboliką, żadnych szyfrów, po prostu mielizna i miałkość. Jedyna obecna tutaj zagadka jest wciśnięta jest tak bardzo na siłę i napisana tak bardzo bez polotu, że zaczynam żałować pieniędzy wydanych na książkę.

Zdecydowana większość wydarzeń to przewidywalne pościgi, zapętlające się śledztwa i nieudolne mylenie tropów. Serio, nie pamiętam książki, w której tak wiele rozszyfrowałbym przed tym, gdy autor zdecyduje się odkryć wszystkie karty. Kto jest kim, kto coś zrobił, a kto czegoś nie zrobił – tak banalne, że aż boli głowa. Oczywiście nie chcę spoilować, ale trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek czytający książki nie domyśli się najważniejszych zwrotów akcji.

Początek daje radę tylko w dwóch aspektach. Opisy hiszpańskich zabytków, jak zawsze, robią bardzo duże wrażenie i podczas lektury często zaglądałem do internetu, aby obejrzeć kolejne budowle i dodać je do listy „do obejrzenia”, gdy się tak kiedyś pojawię. Brown, jak nikt inny, potrafi zachęcić do zwiedzania. Nieźle wypadają też nowi bohaterowie. Ambra Vidal, towarzyszka Langdona i przyszła królowa Hiszpanii wpasowała się bardzo dobrze, a jeszcze lepiej wypada Winston, sztuczna inteligencja stworzona przez Kircha. To tyle dobrego.

Początek to zdecydowanie najgorsza książka Dana Browna. Nudna, przewidywalna, schematyczna wydaje się tylko najtańszym odcinaczem kuponów, na jaki stać było autora. Słabe zwroty akcji, a do tego całkowity brak szyfrów i łamigłówek sprawiają, że każdy wydany na nią grosz, jest groszem straconym. NIE POLECAM.

STRANGER THINGS 2 – Recenzja

REKLAMA



To była najbardziej oczekiwana serialowa premiera tego roku. 27 października na Netflixie zadebiutowała druga seria szalenie popularnego serialu, który z lubością odwołuje się do wspomnień dzisiejszych trzydziestoparolatków pamiętających najlepsze filmy lat 80. ubiegłego stulecia. Serial ma szansę na stałe zapisać się w historii telewizji, sprawdźmy więc czy Stranger Things 2 tego nie psuje.

Od wydarzeń z finału pierwszej serii minął już prawie rok. Po Jedenastce nie ma śladu, Jonathan znów się wyalienował, a Nancy chodzi ze Stevem. Will wrócił do siebie i każdą wolną chwilę spędza razem z Mikem, Dustinem i Lucasem. Niestety powrót z Drugiej Strony (Upside Down) kosztował go wiele więcej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Chłopak znów pojawia się w samym środku największego niebezpieczeństwa, ponieważ jego nowo nabyta (niechciana) zdolność jest kluczowa dla nowego zagrożenia, jakie czyha po Drugiej Stronie…

STRANGER THINGS  – Recenzja

Stranger Things 2 zaskakująco ogranicza wątek Mike’a. Chłopak był najważniejszą postacią pierwszej serii przez jego przyjaźń z Jedenastką. Nieobecność dziewczyny sprawiła, że jego zaangażowanie jest mniejsze niż poprzednio. Przez większość czasu Mike snuje się z kolegami i zachowuje się obcesowo wobec nowego członka paczki, Max, którą uważa za nieudany substytut Nastki. Mike do dawnego siebie wraca w końcówce sezonu, gdy wydarzenia nabierają zawrotnego tempa i trzeba poradzić sobie ze śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Zmniejszone znaczenie Mike’a dało okazję do rozwinięcia reszty ekipy. Will zmaga się z własnymi demonami, ale ze względu na spoilery zostawmy ten temat, dodam jedynie, że chłopaka jest tym razem o wiele więcej i tym samym ma do odegrania o wiele większą rolę. Lucas zadurzył się w nowej koleżance, Maxine (Max), niezależnej dziewczynie dołączającej do paczki, a Dustin wbrew przyjaciołom decyduje się na hodowanie stwora z Drugiej Strony. Oczywiście powraca też Jedenastka. Dziewczyna jest w drugiej serii od początku, ale przez większość sezonu jej wątek jest oderwany od aktualnych wydarzeń. Nastka zgłębia swoje pochodzenie, szuka rodziny i ludzi, których pamięta. Ze względu na jej bezpieczeństwo nikt nie wiem, że udało jej się uciec z Drugiej Strony po morderczej walce w laboratorium.

Stranger Things 2 rozkręca się dość wolno, natomiast nigdy nie czuć znużenia. Konstrukcja serialu, obłędna muzyka i fantastyczni bohaterowie sprawiają wiele radochy, nawet gry obserwujemy ich codzienne życie i lamenty roztrzęsionej Joyce. Niewątpliwym plusem jest przemyślany i zamknięty wątek przewodni drugiej serii. Wszystko rozstrzyga się w dziewiątym, finałowym odcinku nie pozostawiając miliona otwartych wątków na przyszłość. Dzięki temu całość ogląda się jak długi sequel filmu, a nie kolejny sezon serialu (stąd też tytuł Stranger Things 2). Sam finał, a w zasadzie dwa ostatnie odcinki robią wrażenie rozmachem. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie, a ilość akcji i dramatycznych wydarzeń jest bardzo zadowalająca. Mamy tutaj praktycznie wszystko – elementy horroru (jest nawet duże nawiązanie do Egzorcysty), wzruszające chwile, sporo akcji i fantastyczne pomysły chłopaków.

Stranger Things 2 spełnia pokładane w nim nadzieje. Można narzekać na brak efektu wow, albo powtórkę z rozrywki, ale nikt nie może zaprzeczyć, że to serial unikalny. Nieprawdopodobnie dopieszczony klimat, cudowna muzyka, wspaniali bohaterowie i naprawdę angażująca historia składają się na fantastyczne doświadczenie, jakiego próżno szukać w telewizji. TRZEBA ZOBACZYĆ!

RAY DONOVAN Sezon 5 – Recenzja

REKLAMA



Zeszłoroczna czwarta seria Raya Donovana lekko obniżyła loty przez zbyt dużą ilość wątków, w które uwikłany został główny bohater. Bywało chaotycznie, ale mimo tego serię oglądało się z wielkim zaangażowaniem, a na kolejne odcinki czekało się z wypiekami na twarzy. Piąty sezon postanowił zrobić gigantyczny krok do przodu i wywrócić wszystko do góry nogami!

Serial zaczyna się od bliżej nieokreślonego przeskoku w czasie. Terry przeszedł operację i nie ma problemów z Parkinsonem i w dalszym ciągu prowadzi swojego boksera oraz bierze ślub, Bunchy próbuje swoich sił w meksykańskim wrestlingu, Daryll pracuje dla Raya, Mick jest Mickiem, a Ray rozwiązuje kolejne problemy swoich wpływowych klientów oraz bierze udział w przymusowych sesjach terapeutycznych po pobiciu ojca i braci(?!). A Abby? No właśnie. Abby nie żyje! Nie wiemy dlaczego, nie wiemy kiedy i nie wiemy ile czasu minęło od jej śmierci. Oto nowy, zupełnie inny, wątek główny!

RAY DONOVAN Sezon 4 – Recenzja

Szczegóły śmierci Abby poznajemy za pomocą krótszych i dłuższych retrospekcji pojawiających się na przestrzeni wszystkich dwunastu odcinków. Większość decyzji Raya jest wypadkową zagubienia, frustracji i bezsilności człowieka, który przecież radził sobie ze wszystkim. Wspomnienia żony oraz stopniowe odkrywanie wydarzeń jakie doprowadziły do jej śmierci zajmują bardzo dużą część tego sezonu i nie jest to najlepsze rozwiązanie. Większość tych scen to nostalgiczne wspominki, które po prostu nudzą i nie bardzo zgrywają się mocno wycofanym bohaterem. Jasne, jest szalenie emocjonalnie, a odcinek poświęcony kulminacji tego wątku to cholerny wyciskacz łez i naprawdę dołujące doznanie. Problem w tym, że retrospekcje burzą dynamikę serialu, do jakiej przywykliśmy i jaką pokochaliśmy. Do mnie nie do końca to przemawia.

Na szczęście twórcy nie zapomnieli o reszcie Donovanów, którzy jak zwykle wpadają w gigantyczne tarapaty i ciągle mieszają plany zaradnemu Rayowi. Bunchy swoją kasę z wywalczonego odszkodowania, grubo ponad milion dolarów, postanowił zainwestować w apartamenty. Niestety, nonszalancko jeżdżąc z wypchaną pieniędzmi torbą po mieście, pada ofiarą przypadkowego rabunku. Zdesperowany postanawia odnaleźć złodziei i przy okazji podpaść organom ścigania. Daryll chcąc się wykazać nie informuje Raya o wielkiej wpadce jednego z klientów i razem z Mickiem próbują pomóc mu rozwiązać jego problem. Mick próbuje szantażu filmowej gwiazdy, a przy okazji wpada w niezdrowe konszachty z Frankiem Barnesem, szefem FBI w Los Angeles. Dzieje się naprawdę dużo, a bohaterowie wpadają w co raz większe szambo, z którego, zdaje się, nie ma już wyjścia. Chyba jeszcze nigdy Donovanowie nie mieli takich problemów.

Szkoda, że niektóre z tych wątków rozwiązują się szybko i po najmniejszej linii oporu. Świetnie zaczynająca się historia Bunchy’ego napisana jest bardzo pobieżnie i obfituje w zbyt wiele zbiegów okoliczności, by móc się zaangażować. To samo tyczy się Bridget, której motywacji nie znamy przez większość sezonu i naprawdę trudno jej jakkolwiek kibicować. Mick i Daryll dźwigają wszystko na swoich barkach i są źródłem najważniejszych wydarzeń i najzabawniejszych sytuacji (sytuacja z mistrzem sztuk walki oraz nocna impreza rozbrajają). Co ciekawe jeden z wątków dotyczy seksualnego wykorzystywania aktorów w Hollywood, z czym twórcy idealnie trafili w aktualne wydarzenia.

Finał 5. sezonu również jest inny niż wszystkie. Twórcy postawili na spokojne rozwiązanie wszystkich wątków, a kilka z nich może okazać się ostatecznymi dla kilku bohaterów. Zamówiona niedawno 6. seria przenosi akcję do Nowego Jorku, oznacza to, że zapewne nie spotkamy już niektórych osób z mocno dysfunkcyjnej rodzinki. Nie wiem, czy to dobre dla serialu, ale pamiętajmy o Homeland, który miękko zrestartował się w czwartym sezonie po czym zaserwował dwie naprawdę genialne serie. Liczę, że i w tym przypadku będzie podobnie.

Ray Donovan w swoim piątym sezonie nie przypadł mi do gusty tak, jak robiły to serie poprzednie. To, co miało być najmocniejszym punktem sezonu, częściej było nudne niż emocjonalne i emocjonujące. Słabsze przygody Raya nadrabiali Daryll, Banchy i przede wszystkim Mick, ale nie da się ukryć, że scenarzyści trochę się pogubili. Nie jest źle, ale bywało lepiej i dużo lepiej. Za rok przymusowa poprawa.

THOR: RAGNAROK – Recenzja

Marvel Studios Thor: Ragnarok..L to R: Thor (Chris Hemsworth) and Hulk (Mark Ruffalo)..Photo: Film Frame..©Marvel Studios 2017

REKLAMA



THOR: RAGNAROK – Recenzja

Dwa solowe filmy z Thorem nie były najlepsze. Bóg Piorunów dużo lepiej wypadł w Avengers, gdzie jego oryginalny sposób bycia świetnie kontrastował z Kapitanem Ameryką i Tonym Starkiem, a konfrontacje z Hulkiem to najzabawniejsze elementy filmu. Nie dziwi więc, że w trzecim filmie obok Odinsona pojawia się zielony olbrzym. Recenzja filmu Thor: Ragnarok.

Pierwsze sceny filmu wyjaśniają czemu Thor nie pojawił się podczas konfliktu superbohaterów w zeszłorocznej trzeciej części Kapitana Ameryki. W tym czasie Thor badał anomalie do jakich dochodziło w chronionych przez Odyna Dziewięciu Światach. Szybko wychodzi na jaw, że prawdziwy Odyn gdzieś przepadł, a udający go Loki bawi się w najlepsze. Podczas poszukiwań bohaterowie trafiają na Ziemię, gdzie prowadzi ich sam Doktor Strange. Wszystko bierze w łeb, gdy pojawia się Hela, pierworodna córka Odyna, siostra Thora i przedwieczny kat Asgardu. Hela dysponuje mocą o wiele większą niż Thor i Loki razem wzięci i z łatwością podbija, stojący na krawędzi zagłady, Asgard. Thor natomiast trafia na planetę Sakaar, dziwną miejscówkę, gdzie największa rozrywką są cykliczne walki gladiatorów. Pozbawiony młota Thor wpada w niewolę, a jedyną możliwością ucieczki z planety jest pokonanie obecnego mistrza areny… Hulka!

Od pierwszych scen Thor: Ragnarok zaskakuje poczuciem humoru. Dosłownie każda scena i każdy dialog przygotowane są w celu wywołania uśmiechu. Nawet najbardziej dramatyczne momenty okraszone są rozładowującym napięcie gagiem. Jasne, często suchary są tak czerstwe, że bolą zęby, ale zdarzają się naprawdę zabawne momenty. Najbardziej bawi Hulk, który przejmując stery i dominując Bannera nauczył się mówić. Oczywiście wszystko sprowadza się do „Hulk zły”, „Hulk nie lubić Thora, bo Thor przyjaciel Bannera” i naturalnie „Hulk niszczyć”, ale żarty te są tak wpasowane w poszczególne sytuacje, że nieprzerwanie rozbawiają. Dwie sceny podczas ostatniego pojedynku z udziałem i Bannera i Hulka po prostu rozbrajają.

Film zawiera bardzo dużo easter eggów i znanych twarzy  (z Mattem Damonem na czele) grających króciutkie epizody.

Hela, jak to zwykle w przypadku złoczyńców bywa, wypada dość blado. Cate Blanchett gra ją bardzo fajnie, próbuje szafować emocjami i mimiką, ale sama postać potraktowana jest bardzo pobieżnie. Pokpiono też postać Heimdalla (Idris Elba) grającego jedynie epizody i równie dobrze mogło go w tym filmie nie być. Czas na pozytywy! W pamięci zapadają postaci na drugim i trzecim planie. Arcymistrz (Jeff Goldblum) jest przekomiczny, a jego doradczyni każdym tekstem rozwala system. Podobnie nowi kumple Thora, oryginalni gladiatorzy Korg oraz jego kumpel insektoid Miek, którzy są inkarnacjami komiksowych wersji tych postaci. Miek to niemy, przerośnięty, obleśny robal z mieczami zamiast rąk, ale za to Korg i jego delikatny głosik wywołuje kolejne pokłady śmiechu. W superbohaterski świat fajnie wpisuje się Walkiria (Thessa Thompson), która wraz z Thorem tworzy bardzo fajny duet i dobrze będzie się ich oglądało w Avengers: Infinity War.

Film zawiera dwie sceny po napisach, z czego jedna jest bezpośrednim nawiązaniem do Avengers: Infinity War, a druga to żarcik związany z jedną postaci.

Największą bolączką solowych filmów z Thorem były sceny akcji. Nie udało się wtedy znaleźć pomysłów na wykorzystanie zdolności Odinsona i jego młota, co wychodziło w Avengersach. Tym razem brak Mjolnira rekompensowany jest przez szalenie widowiskowe pojedynki. Ciosy burzą budynki, niszczą areny, rozwalają powietrzne statki, a wszystko to w pomysłowej i mega komiksowej oprawie. Ragnarok krytykowany był za zbytnią inspirację Strażnikami Galaktyki, co też usilnie sugerowały zwiastuny. W rzeczywistości stylizacja na lata 80. ograniczona jest do skrajnego minimum. Nie czuć kopiowania pomysłów i żartów, a autorskie podejście Taiki Waititi.

Udało się! Thor: Ragnarok to zdecydowanie najlepszy solowy film Thora i jednocześnie najzabawniejszy film Kinowego Uniwersum Marvela. Fantastyczne żarty, genialna interakcja Thora i Hulka i pełen luz w scenach akcji stawiają go bardzo wysoko wśród 17 filmów uniwersum. Wyszedłem z kina uśmiechnięty od ucha do ucha, a przecież o to właśnie chodzi.

FIRE EMBLEM WARRIORS – Recenzja

REKLAMA



FIRE EMBLEM WARRIORS – Recenzja

Po świetnym Fire Emblem Echoes jeszcze w tym samym roku debiutuje kolejna gra pod szyldem FE. Tym razem jest to spin-off będący przedstawicielem charakterystycznego gatunku/serii Musou, dostępny na Nintendo Switch oraz New 3DS/New 2DS, których dotyczy ta recenzja. Pytanie brzmi: ile w Fire Emblem Warriors prawdziwego Fire Emblem? I na to właśnie pytanie odpowiem w poniższym tekście.

Zacznijmy jednak od tła fabularnego, które im więcej myślę, tym mniej sensu wydaje się mieć. W królestwie Aytolis niespodziewanie pojawia się brama do świata ciemności. Prze portal przedostają się hordy potworów, zamek pada, a uciec udaje się jedynie dwójce dzieci zmarłego króla – Rowanowi i Liannie. Młodzi w walce z ciemnością nie są osamotnieni, ponieważ przez podobne zderzenie światów, w Aytolis pojawili się bohaterowie różnych uniwersów Fire Emblem.

MUSOU to japońska seria gier, w której walczymy z niekończącymi się hordami przeciwników. W ostatnich latach seria sięga po co raz bardziej znane marki, dzięki czemu oprócz Dynasty Warriors graliśmy już w One Piece Pirate Warriors, Hyrule Warriors, czy Berserk and the Band of the Hawk.

Wśród bohaterów pojawiają się Marth, Caeda i Tiki z Fire Emblem: Shadow Dragon; Celica z Fire Emblem: Echoes; Lyn z Fire Emblem: The Blazing Blade; Chrom, Robin, Lissa, Frederick, Cordelia i Lucina z Fire Emblem: Awakening oraz cała armia bohaterów Fire Emblem: Fates – Corrin, Ryoma, Hinoka, Takumi, Sakura, Xander, Camilla, Leo i Elise. Szkoda, że prym wiodą bohaterowie Fates i Awakening, a z Echoes pojawia się tylko Celica. Prawdą jest, że lepiej pamiętamy postaci z nowszych odsłon i dziwi trochę decyzja twórców.

Tak dobrana plejada bohatera powinna być wielką gratką dla fanów serii, ale w rzeczywistości są to tylko avatary mające przygotowane kilka wspólnych scen. Bohaterowie walczą bardzo podobnie, ponieważ klasy postaci do Fire Emblem Warriors zostały żywcem przeniesione z poszczególnych serii. Lord, Archer, Pegasus Knight, Mercenary, Myrmidon oraz ich rozwinięte wersje to klasyczny zestaw, jaki mamy od lat i cieszy, że twórcy zadbali o ten aspekt. W Warriors pojawia się też sztandarowy ficzer Fire Emblem, czyli permanentna śmierć postaci. Gdy jeden z bohaterów zginie podczas misji, bezpowrotnie tracimy możliwość gry jego postacią. Jednak wzorem ostatniej odsłony, FE Echoes, na początku gry możemy zdecydować, czy to reguła ma obowiązywać, czy może wolimy tryb casual, gdzie wszyscy wracają po misji.

Misje w dużej mierze przypominają dowolne Musou. Jesteśmy rzucani na różnie rozplanowane mapy, gdzie zalewają nas tysiące jednostrzałowych przeciwników. Wśród każdej grupki cieniasów znajduje się co najmniej jeden silniejszy zawodnik, którego pokonanie podrzuci ciekawy przedmiot, uwolni posterunek lub otworzy drzwi. Każda misja to najczęściej grubo ponad tysiąc zabitych przeciwników, w tym wielu mini bossów i co raz silniejsi bossowie. Warriors wykorzystuje też klasyczną mechanikę, która definiuje serię Fire Emblem, czyli tzw Trójkąt Broni (Weapon Triangle), przy walce turowej jednostki dzierżące miecz łatwo radzą sobie z posiadaczami toporów, topory rozbijają lance i włócznie, a włócznie pokonują miecze. Swoista gra w papier-kamień-nożyce jest obecna także tutaj, co szybko zrozumiemy, gdy wyposażony w miecz Rowan trafi na przeciwnika z włócznią.

W celu zwiększenia szans w walce z nie leżącym nam przeciwnikiem wprowadzono duety. Grając jednym z bohaterów (podczas misji można ich dowolnie zmieniać) wybieramy kogoś o zgoła innych umiejętnościach i  tworzymy parę. Napotykając przeciwnika innej klasy, za pomocą dwóch przycisków zmieniamy się na drugą postać o fundujemy mu oklep. Partnera można w każdej chwili zmienić jeśli nie pasują nam jego zdolności. Duet to też mocniejsze ataki specjalne, pełne spektakularnych animacji, niszczące kilkudziesięciu wrogów za jednym zamachem.

Fire Emblem Warriors to gra dla posiadaczy New Nintendo 3DS lub New Nintendo 2DS XL, gra nie uruchomi się na konsolkach pierwszej generacji, wiec warto mieć to na uwadze. Grafika oczywiście nie ma startu do wersji Nintendo Switch, lokacje są monotonne i mało zróżnicowane, a modele postaci dość ubogie w szczegóły. Niemniej gra działa bardzo płynnie, w ogóle nie chrupie, a wczytywanie trwa kilka sekund. Jak na konsolę o takich podzespołach, trudno się do czegokolwiek przyczepić. Ciekawostka: występujące w grze czcionki zostały żywcem wyjęte z gier Fire Emblem.

Fire Emblem Warriors w wersji 3DS zaskakuje BARDZO pozytywnie. Edycja na starą konsolkę wydawała się zapychaczem, by wypełnić kalendarz premier, a okazuje się, że pod względem rozgrywki niczym nie ustępuje wersji na Switcha. Jasne, ograniczenia graficzne dają się we znaki jeśli mieliśmy kontakt z ładniejszą odsłoną, ale ogólnie rzecz biorąc jest to dokładnie ta sama gra. Niesamowicie wciągająca i zarazem relaksująca, trwająca 20 godzin, siekanka Musou oraz prawdziwy, pełen easter eggów, festiwal nawiązań i rozwiązań z Fire Emblem.

Egzemplarz do recenzji dostarczył dystrybutor, firma Conquest Entertainment

THE WALKING DEAD 8×01: MERCY – Recenzja i analiza

REKLAMA



Za nami oczekiwana (przez niektórych) premiera ósmego sezonu The Walking Dead. Pierwszy odcinek tej serii jest zarazem setnym odcinkiem całego serialu, więc twórcy kazali nam się przygotować na nieco inny format i mnóstwo easter eggów dla fanów serialu i komiksu. Jak wypada premiera? O tym w poniższej, pełnej spoilerów, recenzji The Walking Dead 8×01: Mercy.

Nie doczekaliśmy się przeskoku w czasie, ponieważ akcja startuje niedługo po tym, jak mieszkańcy Alexandrii, Wzgórza i Królestwa postanowili powstać z kolan i przeciwstawić się tyranii Negana. Rick, Ezekiel i Maggie jako liderzy poszczególnych osad motywują ludzi do walki i planują pozbyć się zagrożenia raz na zawsze.

 

Odcinek przeplatany jest snem/wizją Ricka o przyszłości. Siwiutki, kilka lat starszy i poruszający się o lasce rozmawia z ukochaną Michonne, nastoletnią córką i dogląda osady, która przemieniła się w piękny ogród z masą upraw. Oczywiście jest to mrugnięcie okiem do widzów znających komiks. Po erze Negana, w komiksie mieliśmy przeskok w czasie (chyba o 3 lata), a znany nam świat bardzo się zmienił, ponieważ mieszkańcy zaczęli hodować zwierzęta, poruszać się konno i wszelkiego rodzaju wozami zaprzęgowymi, bo przecież paliwo do aut kiedyś musiało się skończyć. Życie mieszkańców zaczęło przypominać dzisiejszych Amiszy i właśnie to zobaczyliśmy w powracającej kilkukrotnie wizji. Laska i kulawy Rick nawiązują do rany postrzałowej biodra, jaką sprezentował mu Negan przy ostatecznym starciu. Czy to zapowiedź kolejnych wydarzeń, czy tylko zabawa z fanami? Zobaczymy zapewne pod koniec tego sezonu.

Reszta odcinka to atak połączonych sił na elektrownię Zbawców i jest to zarazem najsłabszy element odcinka. Po pierwsze samo przygotowanie ataku to jeden wielki chaos i kompletnie nieprzemyślany teledysk niewiele mówiących scen. Widzimy Daryla, który dzięki informacjom od Dwigtha ściąga czujki na poszczególnych posterunkach i to wypadło fajnie. Natomiast Carol, Tara i Morgan łażą po wiaduktach, sprawdzają zegarki i gadają nie wiadomo o czym. Oczywiście ich plan ma sens, o czym dowiadujemy się później, ale zostało to pokazane w bardzo poplątany i wyjątkowo nieciekawy sposób.

Czas na atak. Rick ze swoimi najbardziej zaufanymi kompanami podjeżdżają uzbrojonymi wozami po elektrownię, a na ich powitanie wychodzą przywódcy Zbawców – Negan, Dwight, Simon, Eugene, Regina i Gavin. Rick rzuca przemowę i proponuje poddanie się Zbawców, wtedy ucierpi tylko jedna osoba. I tak sobie gadają, aż Negan wyciąga z szafy Gregory’ego próbującego wywrzeć presję na mieszkańcach Wzgórza krzycząc, że Wzgórze wspiera Zbawców. I wreszcie po tych nudnych 10 minutach Rick postanawia zaatakować. Oczywiście nikt nie trafia Negana, ani żadnego z jego popleczników, bo najważniejszym punktem planu było dokonanie jak największych zniszczeń w siedzibie Zbawcow i sprowadzenie doń hordy zombie (tym zajmowali się Carol, Tara i Morgan).

I tak, może ma to sens, ale kurde… 20 osób ma na muszce 5 złoli (no w Dwighta teoretycznie nie powinni celować) i wszyscy czekają aż Rick zacznie strzelać, co ten robi dopiero po ostentacyjnym odblokowaniu i wycelowaniu broni, czyli wtedy, gdy już uciekli. Dlaczego Maggie nie celowała w głowę Negana? Dlaczego nie zrobili tego Jezus, Aaron czy randomy przyciągnięci z osad? Takie załatwienie sprawy jest po prostu kpiną z widzów i uwidacznia gigantyczny scenariuszowy problem już pierwszym odcinku tej serii.

Końcówka to kolejny debilizm, bo Gabriel chcąc uratować rannego Gregory’ego zostaje przez niego oszukany, a sam pozostawiony na pastwę losu w siedzibie Zbawców i oczywiście od razu wpada w łapy Negana. Teraz trzeba się spodziewać, że będzie szantażował Ricka, albo pozna jego plany i sam będzie robił podchody przez kolejne 5 odcinków. Słabo, po prostu słabo.

Odcinek miał jeszcze kilka innych scen, które lekko zarysowują kierunek w jakim podąży sezon. Koleś, którego przegonił Rick, a któremu jedzenie zostawił Carl może być na dobrą sprawę szpiegiem, albo zupełnie nową, ważną postacią. Castingi mówiły o człowieku imieniem Abbud, amerykańskim muzułmaninie o zszarganych nerwach przez wieloletnie życie w samotności. Ja stawiam, że to Saddiq, członek społeczności mieszkającej na Oceanem, który w komiksach pojawił się po erze Negana.

Podsumowując, to nie był dobry start. Pierwszy odcinek ósmej serii The Walking Dead był schematyczny, do bólu przewidywalny i… tani. Przez większość odcinka wydawało mi się, że to niskobudżetowy klon serialu, który gromadzi przed telewizorami 15 milionów widzów. Koszmarne efekty specjalne, ujęcia strzelaniny rodem z kina klasy D i te komputerowo dodane iskry od pocisków. Wyglądało to żenująco. Potrzeba dużej poprawy.

MILLENNIUM 5: MĘŻCZYZNA, KTÓRY GONIŁ SWÓJ CIEŃ – Recenzja

REKLAMA



David Lagercrantz przejął sagę Millennium po przedwcześnie zmarłym Stiegu Larssonie, dzięki czemu mogliśmy po  raz czwarty spotkać Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista. Co nas nie zabije czytało się inaczej niż oryginalną trylogię, ale wyszło naprawdę nieźle. Czas na kolejną odsłonę, która mam nadzieję, nie okaże się zwykłym odcinaczem kuponów. Recenzja Millennium 5: Mężczyzna, który gonił swój cień.

Akcja rozpoczyna się niedługo po wydarzeniach z Co nas nie zabije. Przez nadgorliwych urzędników Lisbeth została skazana mimo, że w oczach społeczeństwa jest bohaterką, i osadzona w więzieniu. Tam wpada na trzęsącą całym przybytkiem i trzymającą w kieszeni strażników, Benito oraz poznaje Farię Kazi, młodziutką muzułmankę, która jest nieprzerwanie torturowana przez współwięźniarki. Niecierpiąca krzywdy bezbronnych, Lisbeth angażuje się w sprawę Farii, a przy okazji śledzi własną, owianą tajemnicą, przeszłość, na którą nieco światła rzucił jej najstarszy przyjaciel, schorowany Holger Palmgren. Gdy, za sprawą Lisbeth, w więzieniu robi się nieciekawie, w intrygę wplątuje się najbardziej znany dziennikarz śledzczy w Szwecji, Mikael Blomkvist.

Lagercrantz w prowadzeniu fabuły zastosował taktykę Larssona z drugiej i trzeciej książki. Lisbeth stara się pomóc Farii, robi wszystko sama i nie zwraca uwagi na konsekwencje. Mikael tymczasem próbuje zgłębić przeszłość jej i Camillii prowadząc własne śledztwo, szukając powiązań pomiędzy poszczególnymi nazwiskami i po prostu rozmawiając z zainteresowanymi. Tym samym mamy dwa oddzielne wątki, które splata postać Lisbeth Salander.

Gdy dziewczyna z tatuażem smoka skupia się na przyczynach osadzenia w więzieniu i dręczeniu Farii Kazi, Mikael bada trop tajemniczych badań nad bliźniakami. W poprzedniej książce dowiedzieliśmy się co nieco o autyzmie, tak teraz poznamy wiele ciekawostek o bliźniakach. Poznamy różnice pomiędzy dwu i jednojajowym rodzeństwem, a także co oznaczają bliźnięta lustrzane. Jest kilka ciekawostek, kilka krążących po świecie anegdot, które każdy od kogoś tam słyszał, ale nie wie czy są prawdziwe.

Mężczyzna, który gonił swój cień charakteryzuje się zaskakująco wysokim tempem akcji. Codzienne życie bohaterów poznajemy tylko pobieżnie, o dziwnych związkach Mikaela autor tylko lekko wspomina, a wątków związanych z redakcją Millenium nie mamy wcale. Wszystko podporządkowane jest akcji, wyskakującym z nienacka kolejnym rewelacjom i zwrotom akcji. Czyta się bardzo szybko, ale trzeba przyzwyczaić się do tego, że nie jest to Millenium, jakie znaliśmy kiedyś i takie nigdy nie powróci. Zaakceptowałem styl Lagercrantza, nie oznacza to jednak, że nie widzę minusów. Chyba największym minusem jest zbyt powierzchowne potraktowanie tzw. Republiki hakerów, do której należy Lisbeth Salander. Samo hakowanie zostało spłycone do filmowych opisów typu „uderzała w klawiaturę bardzo szybko, po czym na ekranie wyświetlił się wielki napis Access Denied (…) przy kolejnej próbie ekran rozświetlił zielony tekst Access Granted” – no litości. Największa telewizyjna bzdura nie ma prawa znaleźć się w tego typu książce. Po prostu.

Millennium 5: Mężczyzna, który gonił swój cień to niezla książka. Sięgając po nią, musimy jednak zdawać sobie sprawę, że to nic więcej, jak tylko kolejna sensacja, która wypadłaby tak samo, gdyby nie korzystała ze znanych bohaterów. Szybkie tempo, fajnie rozpisana intryga wystarczą, by nie marudzić po kilku spędzonych z książką godzinach.

ZNAJDŹ MNIE

377FaniLubię to
49ObserwującyObserwuj
61ObserwującyObserwuj
213ObserwującyObserwuj

Polecane