Pierwsza zapowiedź gry była mocna, zajarałem się niesamowicie. Szczerze miałem nadzieję na powrót do klimatu dawnych ‚residentów’, ale już wywiady z twórcami parę tygodni później rozwiały wszelkie nadzieje. Dla firm pokroju Capcom liczy się tylko i wyłącznie zysk, a że sprzedają się strzelanki to i RE6 również poszedł w tę stronę. W moim odczuciu złą stronę. W recenzji postaram się uzasadnić dlaczego uważam, że Resident Evil 6 to fail roku.
Fabuła. Tutaj nie ma co się pastwić. Przez lata mieliśmy w tej serii tyle niedorzeczności, że nic nie powinno nas zaskoczyć. Korporacja znana jako Neo-Umbrella stworzyła nową odmianę wirusa, nazwanego Wirusem C. Naszym zadaniem jest uratować świat przed rozprzestrzenieniem się wirusa. Maksymalnie sztampowa, przewidywalna fabuła, ale tego można było się spodziewać i trudno zaliczyć to do wad produkcji.
Największym problemem przedstawienia historii jest podział na oddzielne kampanie, który swoją drogą miał być największą zaletą gry. Dostajemy 4 kampanie, w każdej 5 rozdziałów i w każdej szczątkowo poznajemy wydarzenia, które miały miejsce. Niby fajnie i w stylu RE2, ale bardzo niespójnie. Miałem wrażenie, że to bardziej zestaw misji do wyboru niż przedstawiona historia jednej z postaci. Oczywiście możemy po każdym skończonym rozdziale wybrać inną kampanię, ale moim zdaniem lepiej było przedstawić jedną, spójną opowieść z punktu widzenia  różnych postaci, przeskakując do nich tworząc swego rodzaju cliffhangery. Wydaje mi się, że wiem czemu wybór padł na rozdzielenie kampanii i zaraz wszystko będzie jasne.

JAKE

Zacząłem grę od kampanii, która jest trzecia w kolejce i dotyczy postaci Jake Muller’a. Razem z nim w bój idzie Sherry Birkin, czyli córka Williama Birkina, która Leon wraz z Claire uratowali w genialnym Resident Evil 2. Dorosła Sherry jako rządowy agent odnajduje Jake’a, który jak się okazuje posiada przeciwciała dla Wirusa C, a jego krew może posłużyć do wykonania antidotum.

Ludzie sami aplikują sobie dawki wirusa, który poprawia ich możliwości bojowe, jednocześnie mutując ich ciała. Jest to nowy rodzaj przeciwników zwanych J’avo. Są oni prawdziwymi twardzielami. Potrafią używać broni palnej, a gdy są bliscy śmierci zdarza się, że mutują w inne maszkary biegające, czy to latające czy po prostu wyrastają im pancerze chroniące przed obrażeniami. Muszę zaznaczyć, że bestiariusz to najmocniejsza strona nowej gry Capcomu. Ilość różnych przeciwników jest bardzo zadowalająca, a ich design robi wrażenie. Na najwyższym poziomie trudności potrafią napsuć krwi i zmusić do załadowania checkpointu. Z resztą polecam od razu grę na poziomie najtrudniejszym, czyli Zawodowiec. Dzięki temu mamy namiastkę survival horroru, bo zginąć można nawet od dwóch uderzeń, amunicji ciągle brakuje, a walki z bossami to prawdziwa frajda wymagająca już pewnych umiejętności.

Wracam myślami do kampanii. Jake jako obiekt pożądania zarówno tych dobrych jak i tych złych musi ciągle uciekać wraz ze swoją partnerką. Ich śladem podąża Ustanak, wielkie bydle, które w RE6 pełni rolę Nemesisa z Resident Evil 3. Pojawia się często, ma konkretny arsenał, a potyczki z nim są wymagające. Narzekałem trochę na częstotliwość tych potyczek i zbytnie rozciąganie ich w czasie. Swoją drogą każda kampania na to cierpi, już kogoś pokonałem, już była animacja,  a za chwilę ‚niespodzianka’ koleś wstaje. Raz drugi może być, ale tak przez całą grę? Nie przypadło mi to do gustu…
CHRIS
 
Kampania starszego z rodzeństwa Redfield to z drugiej strony rozwinięcie pomysłu na rozgrywkę z Resident Evil 5. Nękany problemami psychicznymi Chris oraz jego wierny kompan Piers (Sheva była fajniejsza) jako żołnierze BSAA są wysyłani w miejsca atakowane Wirusem C. Napotykają na problemy i przeciwności losu, ale nie zmienia to faktu, że uważam tą kampanię za najsłabszą w całej grze.
 Dodano strzelanie w ruchu, to się zgadza. Z tym, że jest to strzelania w marszu, aby strzelić na oślep w biegu trzeba nacisnąć L1+R1, co udaje się mało kiedy. Krycie za osłonami to kolejne udziwnienie sterowania. Najpierw wciskamy L1, który służy to celowania, a potem X, aby postać przyklękła za osłoną. Oczywiście puszczając L1 na ułamek sekundy przed manewrem postać zamiast się schować przeskoczy przez osłonę pod lufę przeciwników. Nie wiem, kto rozpisywał klawisze sterowania, ale chyba nie grał nigdy w przykładowe Uncharted.
Ogólnie sterowanie postaciami przypomina bardzo Mass Effect 3. Z tym, że Mass Effect mimo oporności jest bardziej intuicyjne, a krycie i strzelanie rozwiązane jest prawidłowo.
Zmierzam do tego, że mechanika gry sprawia, że ‚shooterowa’ kampania Chrisa nie jest przyjemną naparzanką, a męczącą koniecznością…
LEON
 
Kampania, którą zostawiłem sobie na koniec podstawowej trójki, bo wiązałem z nią największe nadzieje. Ale tak bywa, że im większe oczekiwania tym większe rozczarowanie. Sam początek bomba! W miasteczku Tall Oaks pojawiła się wcześniejsza wersja wirusa, nie wspominają o tym, ale to zapewne wirus T. Na miejscu jest Leon S. Kennedy wraz z Heleną Harper ochraniającą prezydenta. Mały spoiler, ale i tak każdy widział to na zwiastunie – Leon zmuszony jest to zastrzelenia prezydenta zamienionego w zombie. Tak! Wracają zombie! Klasyczni, oczywiście szybsi i sprawniejsi, ale jednak zombie! Początek w kampusie od razu przywodzi na myśl Mansion z Resident Evil, jest klimatycznie, jest niebezpiecznie, jest gra świateł. W dalszej części pierwszego rozdziały biegamy po ulicach Tall Oaks, które wygląda jak Racoon City z Resident Evil 2, nawet sam Leon rzuca ‚czuję się jakbym miał deja’vu‚. Jest bardziej widowiskowo, samochody się rozbijają, giną ludzie, ale to jednak klimat o jakim marzyłem w ‚szóstce’. Szkoda tylko, że te zachwyty trwają tylko przez godzinę, czyli cały pierwszy rozdział…
Następnie pojawiają się jakieś cmentarne chodzące zwłoki,a dalej już tylko J’avo. Kampania Leona, która miała być najbardziej klimatyczna wydała mi się najbardziej bezpłciowa. Zabrakło konsekwencji, kilku fajnych zagadek i mogło być bardzo fajnie. Wyszło jak wyszło…
ADA
 
Kampania, której bohaterką jest Ada Wong odblokowana została dopiero po ukończeniu trzech, o których napisałem. Co ciekawe jako Ada można grać tylko samotnie, ponieważ nie ma żadnego towarzysza. (podobno wyszedł już patch umożliwiający grę w coopie z jakimś dodanym ludkiem, możliwość wyboru tej kampanii od początku oraz jeszcze wyższy poziom trudności).
Ada ma za zadanie odpowiedzieć nam na pytania, których nie zdołały wyjaśnić trzy główne historie. Poniekąd się to udaje i muszę przyznać, że grało mi się całkiem przyjemnie. Pojawia się kilka topornych etapów skradankowych, jest fajna kusza i całkiem niezłe poziomy. Kampania jest też nieco krótsza, więc może dlatego mam lepsze wspomnienia…
Warto dodać, że cała gra jest naszpikowana scenkami QTE, grając na najwyższym poziomie trudności było tego mnóstwo, a czas na wykonanie bardzo krótki. Wiele razy powtarzałem poszczególne scenki, a konieczność machania analogiem w każdą stronę kosztowało mnie uszkodzenie pada, więc może to również ma wpływ na rozczarowanie grą 🙂
PODSUMOWANIE
Trudno ocenić Resident Evil 6. Osobiście jestem bardzo rozczarowany. Gra jest długa, ponieważ starcza na około 25 godzin, jest zróżnicowana, jest widowiskowa. Niestety, żaden z tych zróżnicowanych elementów nie jest na tyle dobry, aby o nim opowiadać. Kampania Leona gubi charakter po 1,5 godziny grania. Chris to bardziej droga przez mękę niż porządny shooter. Kampanii Jake’a w zasadzie nie wiem jak sklasyfikować. Strzelanie, jakaś walka wręcz, QTE – masło maślane. Sytuacje troszkę ratuje Ada, ale tylko odrobinkę.
Chęć zadowolenia wszystkich i jednocześnie zapewnienia wielkiej sprzedaży sprawiło, że dostaliśmy produkt bez duszy, bez charakteru i bez mocno zarysowanej linii przewodniej. Niestety wyniki sprzedaży pokazują, że kolejny ‚resident’ będzie taki sam nad czym bardzo ubolewam.
Nie polecam kupna nawet fanom, ja cieszę się, że udało mi się pożyczyć grę od kumpla i nie muszę dokładać się do zysków Capcomu jakie zrobił na tym bublu…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.