Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Pulp Fiction, a było to dość późno, bo dopiero jakieś 10 lat temu, poczułem się jakbym odkrył kino na nowo. Wykupiłem wszystkie płyty DVD dołączane do Gazety Wyborczej z filmami Tarantino i znalazłem swojego nowego idola. Od tamtej pory nie odpuszczam żadnego filmu tego pana, a Django Unchained (u nas w Polsce po prostu Django) udało mi się nawet zobaczyć na wcześniejszym pokazie. Nie ukrywam, że recenzja nie będzie zbyt obiektywna (zapomniałem tego słowa i szukałem synonimu do 'bezstronność’ za pomocą google :P), ponieważ jestem wielkim fanem filmów sygnowanych nazwiskiem Tarantino. Zapraszam.

Jak widać po plakacie i szeregu zwiastunów, którymi atakuje nas telewizja tym razem Quentin prezentuje nam swoje spojrzenie na Amerykę drugiej połowy dziewiętnastego wieku i problem niewolnictwa. Jednym z niewolników jest tytułowy Django (Jamie Foxx), zostaje wykupiony przez gardzącego niewolnictwem doktora o zwącego się King Schultz. Okazuje się, że Niemiec jest łowcą głów, a Django wie jak wyglądają ścigani przez niego przestępcy. Tak rozpoczyna się przygoda tych dwóch panów, która przemienia się w prawdziwą przyjaźń pełną wzajemnego szacunku.
Dalej historia prowadzi na farmę bogatego można powiedzieć psychola Calvina Candie (rewelacyjna rola Leonardo Di Caprio), który posiada dziesiątki czarnoskórych niewolników. Tyle odnośnie fabuły wystarczy. Ważnie, że jest dobra, wciąga i nie nuży.
Film trwa 2 godziny i 45 minut, ale w ogóle się tego nie czuje. Ze względu na fantastycznie napisany scenariusz i legendarne już w filmach Tarantino sceny dialogowe, często bez większego znaczenia dla fabuły. Scena, która mnie rozwaliła, to rozmowa około 30 facetów w białych kapturach (KKK?) na temat za małych dziurek na oczy. Majstersztyk!
Brutalność w scenach akcji czy walki wylewa (dosłownie) się z ekranu. Każda rana postrzałowa to litry tryskającej we wszystkich kierunkach krwi. Ewidentne przerysowanie, ale jest w 100% zamierzone i pozwala złapać dystans do całej tej bezwzględności.
Jak w każdym filmie QT pojawia się tutaj cholernie dużo znanych aktorów. Czołowa trójka to oczywiście Jamie Foxx, Christoph Waltz i Leonardo Di Caprio. Do żadnego z nich nie można mieć zastrzeżeń. Chociaż więcej od Foxxa do zagrania mają zarówno Di Caprio jak i Waltz i wykorzystują to z nawiązką. Oprócz nich są fantastyczny, postarzony o jakieś 30 lat Samuel L. Jackson w roli niewolnika i lokaja postaci granej przez Di Caprio. W epizodzie pojawia się Don Johnson jako Spencer 'Big Daddy’ Bennet, a w jeszcze krótszym aktor kojarzony głównie z komediami Jonah Hill (Moneyball, Straż Sąsiedzka).
Fanów reżysera do obejrzenia Django zachęcać nie trzeba. Nie każdemu podchodzi taka konwencja, co jest w pełni zrozumiałe. Ze swojej strony chciałbym aby głównie osoby nie oglądające tego typu filmów dały mu szansę, bo naprawdę warto. Kapitalne dialogi, mocne, brutalne sceny akcji i charakterystyczne poczucie humoru sprawiają, że pozornie długi film wydaje się być zbyt krótki. POLECAM ZDECYDOWANIE!
Poprzedni artykułTrafny Wybór – wrażenia po książce
Następny artykułDexter | Sezon 7 | Recenzja serialu
Człowiek odpowiedzialny za wszytko, co tutaj widzicie :) Mąż, gracz, ojciec - w dowolnej kolejności. Fan Marvela i DC, uwielbia Netflixa i HBO, lami w bijatyki i multiplayerowe strzelanki, a o 2. w nocy lubi poczytać książki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Napisz swoje imię