Jestem świeżo po trzecim sezonie The Walking Dead. Sezonie świetnym, dramatycznym i o niebo lepszym od poprzedniego. Praktycznie nie było przestojów. Akcja gnała w niesamowitym tempie, a spokojniejsze odcinki zostały napisane kapitalnie. Gdyby nie finał, pozostawiający trochę niedosytu byłoby wspaniale, a jest „tylko” bardzo dobrze. Szczegóły w rozwinięciu.
Zabawa rozpoczyna się kilka miesięcy po zakończeniu sezonu drugiego. Po śmierci Shane’a Rick zostaje liderem grupy. Jak sam powiedział w ostatnim odcinku poprzedniego sezonu – jeśli chcecie zostać, to wiedzcie, że nie ma tu miejsca na demokrację. I tak to wygląda przez cały sezon. Rick jest przywódcą przed duże P. Sam podejmuje, często bardzo kontrowersyjne decyzje, czasem tylko pytając o radę Hershela. Jest to zmiana o 180 stopni w porównaniu do miłosiernego szeryfa z początku serialu. Tutaj liczy się tylko i wyłącznie przetrwanie grupy bez względu na koszty i decyzje jakie musi podjąć. Można powiedzieć, że to taki Dark Rick.

Najważniejszym punktem sezonu 3 jest pojawianie się trojki bardzo ważnych bohaterów znanych z komiksu. Gubernator, Michonne oraz nieco na marginesie, ale jednak – Tyresee. Jako WIELKI fan Żywych Trupów czułem się wręcz rozpieszczany. Nawet pomimo zmian w motywacjach poszczególnych bohaterów, lekkich różnicach w charakterystyce są to bardzo barwne postaci, wiele wnoszące do serialu. Powraca również Merle, znienawidzony przez wszystkich brat Deryla. I wraca z hukiem. Gość dostaje dużą rolę do odegrania, a my możemy się tylko cieszyć z tak charyzmatycznej ekipy.

Mimo nowych, ciekawych postaci nie zapominano o starych znajomych. Główni bohaterowie przeszli duże zmiany. O Ricku już wspomniałem, ale bardziej od niego zmienił się jego syn Carl. Chłopak dostał kilka bardzo mocnych akcentów i praktycznie cały jeden odcinek poświęcony jego postaci. Carl wydoroślał, zmuszony był do podjęcia dramatycznych decyzji i zmienił się nie do poznania. Jedna ze scen z jego udziałem w finałowym odcinku daje pole do wielu dyskusji na jego temat (od których z resztą roi się na forach internetowych) i za to szacun dla scenarzystów.

Najbardziej irytuje za to Andrea. Jak pamiętamy przypadkiem odłączyła się od grupy i spotkała Michonne. Ją też opuszcza i zamieszkuje w Woodbury. Sceny z jej udziałem są nudne, traktowałem je jako fillery, praktycznie nic nie wnoszące do fabuły. Postać Andrei jest najsłabszą ze wszystkich w trzecim sezonie.

Sezon w porównaniu do poprzedniego nastawiony jest w większym stopniu na akcję. Trup ściele się naprawdę gęsto, zombie rozpadają się na wiele kawałków. Bardzo efektownie z resztą. Raziło trochę zabijanie umarlaków przez Michonne. Dziewczyna biega ze swoją kataną i ścina/przecina/rozcina im głowy. Niestety zostało to jednak wygenerowane komputerowo i kilka razy wygląda śmiesznie, przypominając pokracznie nakręcone sceny rzezi z pierwszej serii Spartacusa. Jest to jednak szczegół, na który przymyka się oko w takiej ilości dobroci jaką dostajemy.

Nie pozostaje nic innego jak tylko polecić! Po wynikach oglądalności widać, że serial się bardzo podoba. Jest niesamowicie klimatyczny, brutalny i oryginalny. Kiedyś byłem sceptykiem, ale teraz podoba mi się to, że twórcy komiks traktują jako bazę do swoich pomysłów. Pojawiają się znane lokacje, postacie, ale scenarzyści idą swoim torem i zaczęło mi się to podobać. Dzięki temu świat The Walking Dead mogę poznać od nowa. OGLĄDAĆ!
Poprzedni artykułRecenzja książki „Wyliczanka” – John Verdon
Następny artykułJeśli serial to adaptacja czy może ekranizacja?
Człowiek odpowiedzialny za wszytko, co tutaj widzicie :) Mąż, gracz, ojciec - w dowolnej kolejności. Fan Marvela i DC, uwielbia Netflixa i HBO, lami w bijatyki i multiplayerowe strzelanki, a o 2. w nocy lubi poczytać książki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Napisz swoje imię