TRUE BLOOD SEZON 6 – Recenzja

1118
True Blood to produkcja wyjątkowa. Serial bardzo odważny, nie stroniący od przemocy i odważnego seksu. Ze względu na wampirzą tematykę zebrał zarówno miłośników legend i opowieści oraz fanów zmierzchowego Edwarda(ehh). Dzielnie przebrnąłem przez pięć liczących dwanaście odcinków sezonów i z utęsknieniem oczekiwałem sezonu numer sześć. Dlaczego tak go zepsuto? Uwaga na spoilery.
Poprzedni sezon zakończył się szokująco. Bill wypił krew wampirzej bogini Lilith i stał się czymś pomiędzy wampirem, a bogiem wampirów. Eric, Sookie oraz reszta głównych bohaterów opuszczają rezydencję Zwierzchnictwa i uciekają przed ścigającym ich Billem. Chwilę później okazuje się, że Bill nie tylko nabrał sił, ale też odporny jest na przebicie kołkiem, posiada dar telekinezy. Jednym jego słabym punktem jest światło słoneczne. Zapowiadało się bardzo, ale to bardzo interesująco. Ale niestety ktoś kompletnie to spieprzył. Na bank miały na to wpływ roszady w obsadzie producentów, bo sezon poprowadzony został zupełnie bez pomysłu. Twórcy nie wiedzieli jak dalej chcą pociągnąć wątek złego Billa. Czy będzie on przeciwnikiem, czy sojusznikiem, czy wybawcą. No i nie mogli się zdecydować do samego końca. Ostatecznie Bill został prorokiem z wizją zagłady wampirów, więc jego jedynym celem było ocalenie własnej rasy. Bez względu na koszty i ofiary po drodze. Wątek okazał się deBillny, okraszony niesamowitą ilością głupot i nielogicznych rozwiązań.
Sookie w tym sezonie przechodziła samą siebie. Najpierw dopadł ją Warlow, o którym mówiono cały poprzedni sezon. Gość okazał się w połowie wróżką i w połowie wampirem, więc mógł pocinać za dnia. A co najlepsze okazało się, że ktoś z prehistorycznej rodziny Sookie obiecał mu pierwszą wróżkę jaka się urodzi. Padło na Sookie, a straszny Warlow zamiast przybyć ją zabić przyszedł żeby ją poślubić i zamienić w wampirzą wróżkę. W międzyczasie panna Stackhouse zakochała się jeszcze ze dwa razy w znanych z poprzednich serii bohaterach.
Równie idiotyczny okazał się wątek Alcide. Ten z kolei został przywódcą watahy wilkołaków i momentalnie doświadczył zero – jedynkowej przemiany z potulnego kochasia w gnanego żądzami bezwzględnego lidera. Na koniec znów za dotknięciem magicznej różdżki zamienia się w milutkiego kochasia. Bez sensu.
Kolejne wątki to głupoty, o których nie warto wspominać. Terry dalej ma koszmary dotyczące przeszłości i co raz głupsze pomysły. Sam po śmierci Luny opiekuje się jej córką i od razu poznaje miłość swojego życia. Zupełnie zmarnowano potencjał niespodziewanych czterech córek Andy’ego. Można było zrobić wiele śmiesznych scen z kilkoma zbyt szybko dorastającymi wróżkami.
Tak ważne dla serialu postaci jakimi bez wątpienia są Eric, Jason tutaj zostali upchnięci w intrygi na siłę. Nikt nie miał na nich pomysłu, naprawdę szkoda. Pam, Tara, Jessica i Lafayette to w szóstej serii raczej statyści snujący się po planie, aby zapchać czas antenowy.
A teraz plusy, których znalazłem dwa, ale za to konkretne. Uśmiercono kilka znanych postaci, co uważam za plus. Obsada rozrosła się znacznie, a na wielu z bohaterów nie ma po prostu pomysłu. Drugi jasny punkt i zarazem nadzieja na przyszłość to bardzo udany finał. Udało się zakończyć kretyńskie wątki i zawiązano akcję pod kolejny sezon. Jest szansa na poprawę i mam nadzieję, że twórcy wyciągną wnioski z najgorszego sezonu ever. Serial ma jeszcze potencjał i trzeba go wykorzystać. A przy okazji myśleć już o jego zakończeniu…
Poprzedni artykułZBAWIENIE TEMPLARIUSZY – Recenzja
Następny artykułDIABELSKI ELIKSIR – Recenzja
Człowiek odpowiedzialny za wszytko, co tutaj widzicie :) Mąż, gracz, ojciec - w dowolnej kolejności. Fan Marvela i DC, uwielbia Netflixa i HBO, lami w bijatyki i multiplayerowe strzelanki, a o 2. w nocy lubi poczytać książki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Napisz swoje imię