Cztery lata po świetnym Ghost Protocol (recenzja tutaj) Tom Cruise po raz piąty wciela się w superagenta IMF Ethana Hunta. Czy i tam razem udał się dostarczyć kino rozrywkowe na najwyższym poziomie?

Film zaczyna się od świetnej sekwencji z bombowcem. Inspiracją dla twórców była gra Uncharted 3, o czym wspominali w niedawnych wywiadach (tutaj). Nie ma ona nic wspólnego z fabułą, służy jedynie za wybuchowe intro. Akcja na dobre rozpoczyna się, gdy Ethan odsłuchuje tradycyjnej wiadomości od zleceniodawców. Okazuje się, że tajemnice IMF zostały odkryte, a wszyscy agenci zdemaskowani przez organizację Syndykat. Na domiar złego na prośbę CIA komórka IMF zostaje rozwiązana, a Ethan uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Znów Hunt musi walczyć sam przeciw wszystkim i liczyć na wsparcie starych znajomych.

Od fabuły MI nie oczekujemy zbyt wiele. I zbyt wiele nie dostajemy. Mimo pozornej tajemniczej otoczki łatwo domyślić się gdzie zaprowadzą nas kolejne sceny. Główny „zły” miał być dla Hunta niczym Moriarty dla Sherlocka. Równie inteligentny, równie przebiegły i dużo bardziej bezwzględny. Efekt udało się osiągnąć połowicznie. Jego pomysły są zaskakujące zarówno dla bohaterów jak i widzów, ale przegięto z jego charakterem. Aparycja i sposób mowy pasują bardziej do przeciwnika Bonda niż MI. Jego poczynania wobec głównych bohaterów są pozbawione sensu i kompletnie przeczą wizerunkowi jaki wypracował sobie w poprzednich scenach. Brak konsekwencji jest tutaj widoczny aż za bardzo.

Oglądając Mission Impossible czekamy na kolejne skomplikowane plany Hunta i to one mają dawać największą frajdę. Niestety na tym polu Rogue Nation lekko zawodzi. Zbyt dużo tutaj powtórzeń i zagrywek jakie znamy. Maski? Ile można…
Albo się zestarzałem, albo brak dbania o jakikolwiek realizm jest tutaj boleśnie odczuwalny. Bohaterowie opracowują plan, wcielają go w życie za kilka godzin ale… Skąd biorą gadżety idealnie pasujące do sytuacji? W jaki sposób zdobywają „ot tak” plany najlepiej strzeżonej placówki w Maroko, o której nikt nie wiedział? Benji na kolanie w parę minut tworzy programy komputerowe, w których interfejs wygląda jak ze Star Wars. Oprócz tego mało widowiskowy, a trwający jakieś 10 minut pościg samochodowo – motocklowy. A najlepsze? Po tym pościgu okazuje się, że był on niepotrzebny…

Benji (Simon Pegg) i Brandt (Jeremy Renner) nie mają tutaj wiele do roboty. Rozumiem postać Brandta, bo i poprzednio był smutasem, ale Benji został kompletnie zmarnowany. Jego niby żarty są tak słabe i tak banalne, że nawet scenarzysta Ciacha może bez wstydu spojrzeć w lustro. Benji dużo gada, ale kompletnie nic z tego nie wynika. Bardziej to żenujące niż śmieszne.
Jak to w filmach akcji bywa Mission Impossible Rogue Nation oglądało się dość strawnie. Dwie godziny zleciały szybko i w zasadzie pamiętam niewiele więcej niż napisałem. Jest to dobry film na bezmózgową posiadówkę ze znajomymi, gdy nie trzeba za bardzo śledzić historii, aby dobrze się bawić kolejnymi wybuchami i rozbrajaniem bomb sekundę przed wybuchem. Jako film do obejrzenia w kinie wypada mocno przeciętnie. Ani to specjalnie widowiskowe, ani angażujące. Lepiej obejrzeć Ghost Protocol!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.