Ostatni, rozbuchany do granic absurdu, film Transformers: Ostatni Rycerz sprawił, że mam już po dziurki w nosie Autobotów i Deceptikonów. Pierwsze informacje o filmie Bumblebee kompletnie mnie nie zainteresowały, ale wszystko zmieniło się, gdy obejrzałem zwiastun. Żółty Autobot kupił mnie z miejsca i nie mogłem doczekać się wizyty w kinie. Jak wyszło?

Sam początek filmu nie napawał optymizmem. Jesteśmy świadkami wielkiej wojny o Cybertron. Widząc niechybną porażkę Optimus Prime zarządza odwrót i wysyła swoje Autoboty w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. B-127 najbardziej zaufany towarzysz Optimusa zostaje wysłany na Ziemię, by tam przygotować kryjówkę i bronić planetę przed armią Megatrona. Niestety Bumblebee lądując na Ziemi od razu wpada w konflikt z drużyną komandosów i ściera z jednym z Deceptikonów. Ranny, pozbawiony głosu i pamięci przybiera formę żółtego garbusa i ukrywa się na złomowisku, gdzie wykopuje go osiemnastoletnia Charlie.

Bumblebee konstrukcją fabularną przypomina pierwszy film Transformers. Akcja rozgrywa się w 1987 roku, a więc około 20 lat przed wydarzeniami z pierwszego filmu. Charlie, podobnie jak kiedyś (a w chronologii później) Sam, dość szybko odkrywa, że jej starusieńki garbus jest czymś znacznie więcej, a siły rządowe chcą za wszelką cenę położyć łapska na obcym przybyszu. Prezentuje się to podobnie, ale Bumblebee pod kilkoma względami znacznie przewyższa najlepszą do tej pory część pierwszą.

Przede wszystkim opowieść jest bardziej kameralna. Większa część filmu skupia się na relacji Bumblebee i Charlie. Wygadana i zbuntowana dziewczyna i nieśmiały, przerażony brakiem pamięci Autobot tworzą fantastyczny duet. Film obfituje w wiele ciepłych i zabawnych scen i nie boi się rzucań nawiązań do innych części serii. Poznamy historię jego imienia, starego camaro i przede wszystkim radia, za którego pomocą Bumblebee kontaktował się z otoczeniem. Najlepsze, że te familijne momenty w pełni rekompensują mniejszą ilość scen akcji.

Wspomnianej akcji nie ma tak dużo jak w poprzednich filmach, ale to zupełnie nie przeszkadza. W Bumblebee pojawiają się dwa Deceptikony podążające tropem żółtego Autobota. Są powodem kilku zabawnych chwil, ale są też dużym wyzwaniem dla nie będącego w pełni sił Bumblebee. Finałowa potyczka jest widowiskowa, ale najważniejsze, że nie przesadzona. Nie dostajemy karykaturalnych robotów, transformujących się piramid, czy całych planet zderzających się z Ziemią. Całość rozgrywa się w jednej części niewielkiego miasta i sprawdza się to doskonale.

Bumblebee to zdecydowanie najlepszy film z serii Transformers. Produkcja, podobnie jak część pierwsza, przeznaczona jest dla każdego bez względu na preferencje. Pełen ciepła i humoru film zadowoli zarówno fanów Autobotów, jak i osoby, które nie przepadają za wysokobudżetowymi sci-fi. Zapominamy o Michaelu Bayu i czekamy na kolejny film odcinający się od ostatnich dokonań wspomnianego reżysera.