Kryzys na Nieskończonych Ziemiach

Największy crossover w historii seriali DC stał się faktem. Kryzys na Nieskończonych Ziemiach zapowiadał się kapitalnie i zmusił nawet mnie, człowieka, który nie cierpi telewizyjnego Arrowverse do zainteresowania się tematem. Jesteśmy już po 3 z 5 odcinków, więc czas na krótką recenzję. Tym bardziej, że finałowe dwie godziny obejrzymy dopiero za miesiąc. No to jak, daje radę?

Kryzys na Nieskończonych Ziemiach

Kryzys na Nieskończonych Ziemiach jest crossoverem aż pięciu seriali emitowanych przez stację CW. Arrow, Supergirl, Batwoman, Flash oraz Legends of Tommorow. Seriali, które jakiś cudem utrzymują się na antenie i mimo wielu przeciwności mają swoje grono wiernych fanów. Sam odpadłem gdzieś w drugim sezonie Arrow, po trzech lub czterech odcinkach Supergirl, kilku Flasha, a Legends of Tommorow i Batwoman nawet nie tknąłem. Niemniej jako stary komiksiarz postanowiłem sprawdzić event na podstawie jednej z najlepszych historii w komiksach DC.

Recenzja Kryzys na Nieskończonych Ziemiach odcinki 4-5

Multiversum jest na skraju zagłady. Potężna fala antymaterii niszczy kolejne światy i wydaje się niepowstrzymana dla zamieszkujących je superbohaterów. Za wszystkim stoi, zdaje się Anty-Monitor, więc Monitor zbiera najpotężniejszych bohaterów, by pomogli zapobiec Kryzysowi. Oliver Quinn, jego córka Mia, Kara/Supergirl, Clark Kent/Superman, Lois Lane, Barry Allen/Flash, Kathy Kane/Batwoman oraz… ten gość z Legend… Mick Rory/Heat Wave muszą połączyć siły, aby powstrzymać apokalipsę.

Bałagan, ale do przełknięcia

Fabularnie crossover wypada naprawdę znośnie. Mamy tutaj, co prawda, sporo bełkotu jakichś dziwnie nakręconych kolesi od technologii, których imion nie pamiętam, pojawiających się znikąd wieszczy (Pariah), zabijanie, wskrzeszanie i tym podobne bzdury. A jednak chce się oglądać dalej i sam złapałem się na tym, że z samego rana odpalałem apkę CW (posiadając VPN serial można oglądać na oficjalnej platformie) i zaczynałem kolejny odcinek. Mimo wszystko udało się zbudować trochę emocji i dodać dramatyzmu, który przyciąga do ekranu i za to wielki plus.

Co za drewno…

Oglądając serial uderza jak drętwa to produkcja. Oczywiście nie dotyczy to samego wydarzenia, a całego Arrowverse. Drewniane aktorstwo tak bardzo razi w oczy nawet szkoda niektórych aktorów. Przy okazji właśnie zobaczyłem najgorszego Lexa Luthora w historii DC. Jon Cryer (trzy dni zeszło zanim skojarzyłem, że to Alan z Dwóch i Pół) jest tak karykaturalny, tak sztuczny, że głowa mała. Lex z kreskówek jest bardziej autentyczny niż twór CW. Do tego dialogi tak złe, że wydają się jakby były napisane specjalnie przez jakiegoś trolla. Nie podszedł mi też humor. Kompletnie nietrafione żarty, a umieszczanie ich w złych momentach („właśnie została zniszczona kolejna Ziemia… ooo bobas robi minki”) jeszcze bardziej pogłębiały to uczucie. Ze słabymi efektami i scenografią nie dyskutuję, bo przy tym budżecie i tak jestem pod wrażeniem, że udało się osiągnąć taki rezultat.

Łezka w oku

Prawdę powiedziawszy kompletnie zignorowałbym Kryzys na Nieskończonych Ziemiach, gdyby crossover nie zapowiedział cameo wielu postaci, w tym dwóch, których darzę wielkim szacunkiem. Na przestrzeni trzech odcinków pojawiają się John Constantine (ten serialowy), Lucyfer (tak, ten Lucyfer!!!), Brandon Routh powraca do roli Supermana z filmu z 2006 roku. Migają nam Tytani, przygrywa muzyczka z klasycznych Batmanów. Jak wspomniałem najbardziej czekałem na dwa cameo. Pierwszym z nich jest Kevin Conroy! Człowiek, który podkładał głos Batmanowi w niezliczonych animacjach, w tym w kultowym serialu z lat 90. Tym razem Conroy pojawia się osobiście jako Batman z przyszłości. A drugie cameo to Clark Kent ze Smallville, fantastycznego serialu sprzed lat. Tom Welling i Erica Durance wcielili się w swoje pamiętne role i chociaż są tylko epizodyczne to łezka się w oku kręci. Zobaczcie.

 

Kryzys na Nieskończonych Ziemiach to rzecz niebywała. Crossover łączący pięć słabiutkich seriali mimo wielu problemów tchnął w nie nowe życie. Jasne, finał jeszcze przed nami, ale już teraz można powiedzieć, że seriale DC zyskały nowych fanów. Bardzo zły humor, bardzo drewniane aktorstwo i koślawe dialogi, a jednak wciąga i naprawdę bawi. Do Arrowverse mnie nie przekona. Co to to nie. Mimo to, nie wiem czemu, ale podobało mi się.

Poprzedni artykułBATMAN: PRZEKLĘTY |Brian Azzarello i Lee Bermejo |Recenzja komiksu
Następny artykułTHE GRAND TOUR PRESENTS: SEAMEN |Recenzja odcinka specjalnego
Człowiek odpowiedzialny za wszytko, co tutaj widzicie :) Mąż, gracz, ojciec - w dowolnej kolejności. Fan Marvela i DC, uwielbia Netflixa i HBO, lami w bijatyki i multiplayerowe strzelanki, a o 2. w nocy lubi poczytać książki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Napisz swoje imię