Naprawdę mocny i udany pierwszy sezon Trzynastu powodów był na ustach wielu. Serial podejmujący bardzo ważny temat robił wrażenie, ale nie ulega wątpliwości, że powinien zakończyć się na pierwszej serii. Przyszedł drugi sezon, potem trzeci, a teraz mamy serię finałową. Warto obejrzeć? Recenzja Trzynaście powodów Sezon 4.

Skończyć szkołę i nie wyjawić tajemnicy

Recenzje:
1. Trzynaście Powodów Sezon 1
2. Trzynaście Powodów Sezon 2
3. Trzynaście Powodów Sezon 3
4. Trzynaście Powodów Sezon 4

Uczniowie Liberty High rozpoczynają swój ostatni rok szkolny. Jednakże bardziej od najlepszych ocen i dostania się na wymarzone studia zależy im na utrzymaniu w tajemnicy sekretu, jakim się podzielili w serii trzeciej. Służby uwierzyły, że Bryce Walker padło ofiarą zamordowanego w więzieniu Monty’ego, ale prawda zaczyna doskwierać wszystkim wplątanym w intrygę. Tym bardziej, że na scenie pojawia się Winston będący z Montym podczas zabójstwa Bryce’a, który nie waha się przedstawić alibi oskarżonemu.

Komuś znów się umarło

Historię zaczynamy jednak od… pogrzebu jednej z postaci, aczkolwiek zanim poznamy jej tożsamość minie kilka ładnych godzin. Tym razem twórcy postanowili zabawić się z widzami i cofając akcję o pół roku powoli prowadzą nas do tego momentu. Powoli, bardzo powoli. Tak powoli, że po dwóch-trzech odcinkach zapominamy, że w ogóle ktoś tutaj umrze. W odróżnieniu do poprzednich sezonów scenarzyści nie podkręcają tego wątku i w pewnym momencie wydaje się, że po prostu o nim zapomnieli. Temat ze zdwojoną siłą wraca w finale sezonu i zarazem serialu, ale…

Finałowy odcinek trwa 98 minut, czyli tyle co średni film fabularny i wydaje mi się, że ktoś zbyt mocno się tym zasugerował. Sprawa ze śmiercią jednego z bohaterów dopiero tutaj nabiera znaczenia. Problem w tym, że…. nie ma to sensu. Wątek jest kompletnie odczepiony od pozostałych dziewięciu godzinnych odcinków i tym samym pozbawia je jakiegokolwiek znaczenia dla całości. Dosłownie wygląda to tak, jakby podczas kręcenia sezonu, ktoś zdał sobie sprawę, że jest on mdły i trzeba dołożyć jakiś mocny szoker. Wyszło to koszmarnie źle.

Trzynaście powodów katastrofy

Najbardziej intrygujący wątek okazał się durnym i dość prostackim rozwiązaniem, by utrzymać widzów przed telewizorami. I niestety nie jest on wyjątkiem. Klątwa Liberty High w ostatnim sezonie padła na Claya. Jensen z najbardziej uczciwej i dobrodusznej postaci stał się psycholem, którego nikt z nas nie będzie w stanie zrozumieć. Jego pomysły i działania są tak kretyńskie, że aż żal patrzeć. Ponadto w jego głowie co i rusz pojawiają się Bryce i Monty komentujący kolejne jego „genialne” posunięcia.

Szkolni koledzy wiernie dotrzymują mu kroku. Walcząca jak lwica o prawa kobiet Jessica, ukazuje się gigantyczną hipokrytką, której cała aktywność do dokładna odwrotność głoszonych przez nią haseł. Justin wrócił z odwyku i żeby utrzymać się w czystości… odcina się od wspierających go kolegów. Ani… w sumie nie wiem jaką ma tutaj rolę. Po prostu jest. Alex z kolei walczy ze swoją seksualnością, a wyglądający na 35-latka Tony (29-letni Christian Navarro) walczy w ringu i bije rekordy w ilości nokdaunów, co nie zraża bijących się o niego promotorów. Stawkę uzupełnia Zach, którego jedyny większy wkład to wielokrotne obicie gęby i bezbłędne nazywanie rodzajów whisky po pijaku. O kolejnej grupie łażących wiernie za swoim liderem futbolistach nawet nie chce mi się wspominać.

Reasumując Trzynaście powodów to nie Riverdale o czym zapomnieli jego twórcy. Finałowy sezon bije wszelkie rekordy głupoty, kompromituje się dosłownie w każdym odcinku bezwzględnie niszcząc to, co dała pierwsza seria. Jeśli, tak jak ja, obejrzeliście trzy serie i chcecie dokończyć całość to was nie powstrzymam, aczkolwiek musicie pamiętać, że będzie to stracone 11 godzin waszego życia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.