Gdy rok temu wybuchła obyczajowa afera z Kevinem Spacey w roli głównej, Netflix zdecydował się całkowicie odciąć od aktora. Decyzja oznaczała koniec ich flagowej produkcji, która zapoczątkowała boom serwisów streamingowych. Zdecydowano jednak, że House of Cards powróci z szóstym, ostatnim sezonem bez głównego bohatera. Sprawdźmy, czy Claire Underwood udźwignęła ciężar serialu.

Scenarzystom nieco się poszczęściło, ponieważ końcówka piątej serii dała im możliwość uratowania serialu. Frank usunął się w cień, by dołączyć do wpływowych ludzi stojących za krajowymi przywódcami i zza kulis sterować Claire pełniącą obowiązki prezydenta. Wtedy też po raz ostatni widzieliśmy Franka. W pierwszych minutach szóstej serii dowiadujemy się, że kilka tygodni wcześniej Frank zmarł w małżeńskim łóżku w Białym Domu…

Śmierć Underwooda jest tutaj punktem wyjścia dla całej historii. Wiedzieliśmy, że Claire nie będzie ślepo słuchać męża, dla którego możliwość sterowania panią prezydent było przepustką do grona potężnych elit. Dlaczego, więc Francis nie żyje? Czy to rzeczywiście przyczyny naturalne? Czy przestał być przydatny trzymającym władzę? Czy może zbyt mocno naciskał na Claire? Znaków zapytania jest tutaj dużo, ale na wszystkie pytania znajdziemy odpowiedzi podczas tych ośmiu odcinków.

Bardzo udana piąta seria House of Cards dawała nadzieję na jeszcze lepszą przyszłość. Sytuacja, w której znaleźli się twórcy wymusiła na nich przepisanie wszystkiego na nowo i niestety nie udało się utrzymać formy sprzed roku. Spokojnie można powiedzieć, że to najsłabszy sezon w historii serialu. Oprócz Marka Ushera, Douga Stempera oraz dziennikarzy Toma Hammerschmidta i Janine Skorsky nie ma tutaj żadnych znanych twarzy. W ich miejsce prowadzono w zasadzie tylko jednego wysoko postawionego polityka (Brett Cole), a cała fabułą opiera się na rywalizacji Claire z rodziną Shepherdów.

Frank przekazał Shepherdom wszystkie szczegóły dotyczące życia swojego i żony, więc Shepherdowie nie boją się sięgać po brudne zagrania i szantaże, by zmusić prezydent to podpisania spreparowanych ustaw. Claire nie pozostaje dłużna szukając rys w ich życiorysach i tak sobie brniemy przez wszystkie epizody. Niestety nie ma tutaj żadnych większych zwrotów akcji, złożonych planów i tak dalej. Całość można streścić tak: „mam na ciebie haka”, „taaa, a ja mam jeszcze większego haka na ciebie”. Strasznie to płytkie i mało interesujące.

Podobnie prezentuje się finał sezonu będący jednocześnie finałem serialu. Jest niesamowicie nudny, maksymalnie przegadany i nie wyjaśnia zupełnie nic. No, wyjaśnia zagadkę śmierci Francisa, ale jest ona tak denna i tak przekombinowana, że wolałbym nie wiedzieć, co się z nim naprawdę stało. Mało tego, ósmy odcinek nie tyle kończy serial, co urywa się w najbardziej interesującym momencie. Dziesiątki pytań zostają bez odpowiedzi, a główny wątek nie ma swojej kulminacji. Autentycznie sprawdzałem, czy to na pewno ostatni odcinek, bo trudno uwierzyć, że ktoś pozwolił na takie zakończenie…

Czy szósty sezon ma w ogóle jakąś jaśniejszą stronę? Monologi Claire skierowane w naszą stronę są fantastyczne! Często podważają słowa Francisa z poprzednich sezonów i klarują, dlaczego Underwood nie miał racji. Ponadto kilka razy odzywa się do nas Doug Stamper! Nie jest specjalnie wylewny, ale dobrze było usłyszeć starego, dobrego Douga. I to niestety tyle pozytywów. House of Cards w szóstym sezonie strasznie zawodzi. Jasne, scenarzyści nie ze swojej winy stali pod ścianą, musieli raz polecieć na skróty, raz coś przejaskrawić, by w ogólnym rozrachunku wszystko miało ręce i nogi. Nie udało się.

3/10