Historie Pablo Escobara i kartelu Cali dobiegły końca. Zakończenie trzeciej serii Narcos zapowiadało kontynuację historii w Meksyku. Ostatecznie zdecydowano się na zmianę pierwotnych założeń i w miejsce czwartej serii otrzymaliśmy nowy serial. Czy Narcos: Meksyk jest tak dobry, jak kolumbijska trylogia?

Narcos – sezon 3 – Recenzja

W ostatnich scenach trzeciego sezonu agent Pena (Pedro Pascal) dostał propozycję zajęcia się meksykańskim kartelem, który z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych stanowi dużo większe zagrożenie niż kolumbijscy narcos. Okazuje się jednak, że Narcos: Meksyk przedstawia nieco inne wydarzenia. Akcja rozgrywa się mniej więcej w momencie rozkwitu kartelów Meddelin i Cali. Pena był w tym czasie w Kolumbii, więc nie szukajcie Pedro Pascala w tym serialu. Główną rolę gra Michael Pena (czyli fantastyczny Luis z Ant-Mana). Aktor wciela się w agenta DEA Kiki Camarenę, czyli człowieka, który na dobre rozpoczął walkę z meksykańskim kartelem.

Narcos: Meksyk to również, a może przede wszystkim, historia Miguela Angela Felixa Gallardo (Diego Luna). Człowieka, który stworzył narkotykowe imperium, podporządkował sobie polityków i policję oraz zajął się dystrybucją kolumbijskiej kokainy. Serial przedstawia drogą Felixa od chłopca na posyłki producentów marihuany w Sinaloa po szefa wszystkich szefów. Felix to człowiek zgoła inny niż Escobar. Mniej przywiązany do swojego miasta, swojej ojczyzny. Gallardo dla dobra interesów jest gotów współpracować z największymi wrogami, co sprawia, że jest człowiekiem niezwykle wpływowym i zaradnym. Gallardo w wykonaniu Diego Luny jest wyrachowany i rzadko daje upust emocjom. Rola poprowadzona kompletnie inaczej niż wcielenie Wagnera Moury. Czy gorsza? Na pewno inna.

Narcos: Meksyk podążą tym samym tropem, co seria pierwsza. Agenci DEA próbuję wykonywać swoją pracę będąc olewanymi przez meksykańskie władze. Za sprawą ambicji Camareny agenci wielokrotnie wymuszają działania niechętnych policjantów, którzy siedzą w kieszeni Felixa. Fabuła prowadzi nas do wydarzenia, które odbiło się szerokim echem w USA i na dobre rozpoczęło walkę z meksykańskimi kartelami. Dziewiąty odcinek jest niesamowicie dramatyczny i szokujący, mimo, że darowano nam makabryczne szczegóły. Sam finał uspokaja nieco emocje i rzuca nieco światła, na kolejną serię, która się naturalnie pojawi.

Nie ma rozczarowania. Narcos: Meksyk nie robi już takiego wrażenia, jak dwie pierwsze serie, ale twórcy zrobili wszystko, by utrzymać nas przy ekranie. Niektóre postaci są zbyt przerysowane (Rafa), inne potraktowane po macoszemu (Don Neto), ale w ogólnym rozrachunku to serial warty zaliczenia.

7/10