Równia pochyła, po której w ostatnich latach staczał się serial The Walking Dead sprawiła, że przestałem wierzyć w jakąkolwiek poprawę. Dziewiąty sezon doczekał się zmiany showrunnera, a ponadto dowiedzieliśmy się, że z serialem żegnają się Andrew Lincoln i Lauren Cohan. Rick to przecież twarz uniwersum, a Maggie od to od wielu lat kluczowa postać. Czy pożegnanie tej dwójki to gwóźdź do trumny TWD, czy przewrotnie zbawienie? Postaram się na odpowiedzieć na to pytanie w poniższej recenzji pierwszych ośmiu odcinków dziewiątej serii. Bez większych spoilerów.

Od konkluzji konfliktu ze Zbawcami minęło jakieś półtora roku. Rick oszczędził Negana, co nie spodobało się jego najbliższym. Maggie oraz Daryl nie mogą pogodzić się z faktem, że bezwzględny oprawca siedzi sobie w celi mając świeże jedzenie i częste widzenia z mieszkańcami Alexandrii.

To właśnie konflikt na linii Rick – reszta głównych bohaterów jest osią napędową pierwszych czterech odcinków. Odcinków niezbyt ciekawych i skupiających się na przekomarzaniach pomiędzy niektórymi członkami różnych społeczności. Zbawcy, z wiadomych przyczyn, traktowani są z dystansem i wrogością, a sami byli poplecznicy Negana nie bardzo widzą siebie jako część społeczności. Plan Ricka spotyka się zatem z oporem wielu osób, ale mimo wszystko każdy pracuje, by spełnić jego marzenie. Czara goryczy przelewa się, gdy trzeba naprawić most prowadzący do Sanktuarium do czego zmuszani są mieszkańcy Alexandrii, Królestwa i Wzgórza.

Stopniowo narastający konflikt prowadzi nas do odcinka piątego. W tym właśnie epizodzie po raz ostatni pojawił się Rick Grimes. Praktycznie cały odcinek poświęcono Rickowi, ale po szczegóły zapraszam was do tekstu poświęconego temu wydarzeniu (a tutaj dowiecie się co dalej z Rickiem). Po emisji okazało się, że odcinek piąty był również ostatnim występem Maggie. Póki co nie wiadomo, co dokładnie stało się z Maggie, ale wiemy, że wątek powróci w sezonie 9B. Czy pojawi się w nim Lauren Cohan? Jeszcze nie wiadomo.

I tak przeskakujemy do drugiej części rundy jesiennej. W szóstym odcinku mamy kolejny przeskok w czasie i to zaskakująco duży. Od pożegnania z Rickiem mija aż sześć lat! Sanktuarium upadło, a Alexandria, Wzgórze i Królestwo znacznie się od siebie odseparowały. Mieszkańcy rzadko się ze sobą spotykają, a jeśli już do tego dochodzi to pełno tutaj nieufności, a nawet wrogości. Co dokładnie wydarzyło się na przestrzeni sześciu ostatnich lat? Zobaczymy na wiosnę.

Ostatnie trzy odcinki jesieni to również przedstawienie nowych wrogów – Szeptaczy. Jeśli nie słyszeliście o nich wcześniej to nie będę wam spoilował czym dokładnie są szepczące, inteligentne zombie i tym samym psuł zabawy. Ważne, że odcinki 6-8 to znaczny skok jakościowy względem nie tylko początku dziewiątego sezonu, ale i poprzednich dwóch serii. Jest bardzo klimatycznie, osady dużo się zmieniły, a charaktery postaci mocno ewoluowały. Zaczęło się robić naprawdę ciekawie.

Potwierdzeniem moich słów jest finał jesieni. Przekombinowano w nim ze scenografią, ale udało się wprowadzić mroczny klimat horroru, który idealnie pasuje do serialu. Przez lata zombie nam spowszedniały, więc mrok, tajemnice i szokująca śmierć sprawiły, że finał oglądało się wybornie. Takie The Walking Dead chciałbym oglądać zawsze!

Rewolucyjny dziewiąty sezon The Walking Dead zamyka wątek Ricka Grimesa, a następnie przeskakuje w czasie dając nadzieję na nową jakość. Początkowo jest niemrawo, pożegnanie szeryfa też nie jest wybitne, ale to co przychodzi później wynagradza początkowe problemy. Okazuje się, że Rick i Negan hamowali rozwój serialu i dopiero teraz scenarzyści mogą rozwinąć skrzydła. Nawet jeśli ominęliście dwa ostatnie sezony to przeczytajcie sobie ich streszczenie i wracajcie, bo trupy zmieniają się na lepsze.

6/10