Nie ukrywam, że mocno czekałem na tę produkcję. Odpowiadający za scenariusz i reżyserię Johannes Roberts od samego początku podkreślał, że jest wielkim fanem gier i jest pewien, że zrobi film, który zadowoli każdego, kto zagrywał się w oryginalne odsłony hitów Capcomu. Sprawdźmy! Recenzja filmu Resident Evil: Witajcie w Racoon City.

Witajcie w Racoon City

Resident Evil: Witajcie w Racoon City bierze na warsztat fabułę pierwszej i drugiej gry oraz postaci z nimi związanych. Tym samym mamy Weskera, Chrisa Redfielda i Jill Valentine, którzy odwiedzają niesławną rezydencję Spencera położoną w lasach nieopodal Racoon City. Wyprawa członków S.T.A.R.S. zbiega się w czasie z powrotem do miasta Claire Redfiled, która ma powody podejrzewać, że mająca w mieście swoją siedzibę farmaceutyczna korporacja Umbrella od lat zajmuje się nielegalnymi eksperymentami. A jakby tego było mało do miasta przyjeżdża również Leon S. Kennedy mający rozpocząć służbę w miejscowej komendzie policji – R.P.D (Racoon Police Department). Losy wszystkich bohaterów splatają się podczas jednej nocy, gdy miasto opanowuje spowodowana Wirusem-T zaraza…

To nie mogło się udać

Po pierwszej zapowiedzi pisałem gdzieś, że pakowanie w trwający 100 minut film wątków z dwóch gier to pomysł, lekko mówiąc, karkołomny. Roberts w Resident Evil: Witajcie w Racoon City ładuje do jednego wora dużo za dużo wątków i postaci, które ponadto solidnie miesza i zmienia względem oryginału. Scenariusz postanowił związać Claire i Chrisa Redfieldów z Williamem Birkinem, a Wesker sparować z Jill Valentine. Wisienką na torcie jest Leon S. Kennedy będący tutaj… wioskowym głupkiem.

W grze Resident Evil 2 Leon był nowicjuszem, który dopiero co rozpoczynał służbę, ale szybko wyrósł na bardzo kompetentnego i zaradnego twardziela. W filmie Resident Evil: Witajcie w Racoon City od początku do końca jest kompletnym nieudacznikiem. Albo śpi na służbie i nie widzi zagrożenia, albo daje się rozbroić gościowi zza krat, albo nie może sobie poradzić z zombie bez pomocy Claire. Film robi tej postaci gigantyczną krzywdę i naprawdę nie mogę zrozumieć, co sprawiło, że został tak napisany. Na dobrą sprawę w żaden sposób nie wpływa na fabułę filmu i pełni jedynie rolę niby zabawnej ciekawostki.

Gigantyczny bałagan

Fabuła Resident Evil: Witajcie w Racoon City to gigantyczny bałagan. Mnogość wątków i postaci sprawiło, że trudno zrozumieć co właściwie się tutaj dzieje. Jest miasto gdzieś tam, a w nim mieszkańcy cierpią na bliżej niezidentyfikowane coś. Jest też korporacja robiąca eksperymenty…, bo tak. Część osób jest odporna, ale nikt nie tłumaczy z jakiego powodu. Jest Wesker, który działa na czyjeś zlecenie i ma zrobić… nie wiadomo co. A reszta postaci, biega, strzela i nie ma większego znaczenia dla fabuły. Absolutnie nic nie trzyma się kupy. Myślicie, że w końcówce coś się wyjaśnia? Gdzie tam! Zrozumiecie bardzo niewiele. Chyba, że…

Film tylko dla fanów. Aż do bólu

… Jesteście fanami gier. Resident Evil: Witajcie w Racoon City to produkcja skierowana przede wszystkim (a może wyłącznie) do fanów marki. Wszystkie gry z serii ukończyłem wielokrotnie, a te z pierwszego PlayStation nawet po kilkadziesiąt razy. Pomogło mi to w niektórych momentach wypełniać fabularne luki. No, może bardziej kiwnąć ze zrozumieniem głową. Był, wstęp, był horror, więc naturalnie czas na podziemne laboratoria i zombie w lekarskich kitlach. Problem w tym, że film sam z siebie powinien opowiadać jakąś sensowną, logicznie poukładaną historię. Tutaj tego nie ma. To zlepek wielu, często przypadkowych scen, które mają tworzyć coś na obraz ciągu przyczynowo skutkowego. Z miernym skutkiem trzeba dodać. Oczywiście nie oczekuję od Resident Evil skomplikowanej, wielowarstwowej fabuły. Wszak gry nigdy nie grzeszyły wielką kreatywnością scenarzystów. W odróżnieniu jednak od filmu całość za każdym razem miała o wiele więcej sensu. I to boli najbardziej.

Laurka dla gier

Jest jedno, co Resident Evil: Witajcie w Racoon City robi dobrze. Ilość nawiązań, easter eggów i scen żywcem wyjętych z gier robi kolosalne wrażenie. Posterunek R.P.D. wygląda 1:1 jak ten z RE2. Choć scena w pamiętnym holu trwa góra 3 minuty i nostalgia wjeżdża bardzo mocno. Ba, na ladzie stoi nawet maszyna do pisania (za ich pomocą zapisywaliśmy grę). Również rezydencja Spencera to niemal kalka holu z RE1. Lokacje uzupełniają malutkie zdarzenia i postaci przewijające się przez całą serię. Obowiązkowy doberman zombie – jest! Łażący po suficie długiego korytarza Licker – jest! Zwłoki z przepołowioną szczęką – są! Nawet charakterystyczne zielone pudełeczko nabojów do shotguna! Najlepsze, że to tylko kropelka w morzu takich ciekawostek. Pod tym względem film robi doskonałą robotę.

Resident Evil: Witajcie w Racoon City – podsumowanie

Znając gry z serii Resident Evil nie raz i nie dwa uśmiechniecie się pod nosem. Film Resident Evil: Witajcie w Racoon City na każdym kroku puszcza oko do fanów i to się ceni. Niestety zbyt duża ilość postaci i fabularny chaos sprawiają, że film to jeden wielki bałagan. Niski budżet i teledyskowy montaż scen akcji kłują w oczy. Trudno zrozumieć skąd decyzja o połączeniu fabuły dwóch pierwszy gier w jeden film, bo efekt jasno pokazuje, że był to bardzo zły pomysł. Do obejrzenia i zapomnienia.

Poprzedni artykułFANTASTYCZNA CZWÓRKA TOM 1 | Jonathan Hickman | Marvel Classic
Następny artykułPOGROMCY DUCHÓW. DZIEDZICTWO | Recenzja filmu
Człowiek odpowiedzialny za wszytko, co tutaj widzicie :) Mąż, gracz, ojciec - w dowolnej kolejności. Fan Marvela i DC, uwielbia Netflixa i HBO, lami w bijatyki i multiplayerowe strzelanki, a o 2. w nocy lubi poczytać książki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Napisz swoje imię