Osoby śledzące moje recenzje wiedzą, że bardzo nie podobały mi się dwa pierwsze filmy na podstawie nieprawdopodobnie popularnych książek E.L. James. Mimo tego, wybraliśmy się na finał opowieści, by przekonać się na własne oczy, że film jest równie słaby jak dwa poprzednie. Recenzja filmu Nowe Oblicze Greya.

Film zaczyna się od śluby Anastasii i Christiana. Szczęśliwi nowożeńcy wybierają się na podróż poślubną, a wieczorami spełniają fantazje pana Greya. No i to w zasadzie tyle fabuły. W ciągu półtorej godziny zmieszczono kilkanaście scenek, czy raczej anegdotek z życia państwa Grey. Co robią w wolnym czasie, jak wypoczywają, gdzie jeżdżą ze znajomymi no i co słychać w ich pracy. A w ich życiu dzieje się bardzo dużo. Ana idzie do baru z przyjaciółką, ucieka przed ochroniarzem, genialnie dowodzi pracownikami mimo, że praktycznie nie ma jej w pracy, no i… chyba dalej to samo tylko w innej kolejności…

 Żeby nie było tak złośliwie dodam, że powraca wątek kryminalny z Jackiem Hyde, nieszczęśliwie zakochanym byłym kolegą z pracy Anastasii. Jack szykuje swój plan zemsty i nie ważne, że jego działania w większości przypadków nie mają najmniejszego sensu, jest przynamniej troszkę wymuszonego, sztucznego dramatyzmu. Finał Nowego Oblicza Greya to nieudolna wariacja na temat filmu sensacyjnego, mogąca konkurować z takimi telewizyjnymi hitami jak Dlaczego ja? czy Nieprawdopodobne, a jednak.

Nie czytałem książek (i nie zamierzam), ale nawet jeśli coś takiego zdawało egzamin na papierze, kompletnie nie nadaje się na film. Wątki kończą się tak szybko, jak się zaczynają (podejrzenia Any co do Elliota), jakby scenarzyści chcieli na szybko odhaczyć kolejne punkty książki, żeby nikt się nie przyczepił. Coś tam wydarzyło się w pracy, rach ciach i przeskakujemy do kolejnego wydarzenia, a o tym już nikt więcej nie wspomina. Teledyskowy zlepek mini scenek, które kompletnie się ze sobą nie zgrywają.

Dobra, fabułę mamy z głowy, czas na to, co przyciągnęło miliony ludzi do kina – pełne namiętności, elektryzujące sceny erotyczne. Taaaa… Przez cały czas miałem wrażenie, że scen erotycznych jest mniej nie poprzednio, a do tego są zdecydowanie krótsze. Czy to źle? Nie, bo i tak są zrealizowane do bani. Pomysły Greya ani nie szokują, ani nie kręcą. Wydaje się, że sam nie wie czego chce, a jego żona raz jest zdecydowana na wszystko, raz nie. Większa część tych scen to patrzenie sobie w oczy, ewentualnie jakieś zdejmowanie bielizny i smaganie szpicrutą, czy czymkolwiek. Nuuuudaaaa…

Nowe Oblicze Greya nie odstaje od żenująco niskiego poziomu poprzednich dwóch filmów. Jest do końca wierny scenariuszowym idiotyzmom, drewnianej grze aktorskiej i w żadnym wypadku nie zasługuje na wydane na niego pieniądze. Zgodnie z oczekiwaniami – nowy film, to samo oblicze.