Kinowe uniwersum DC jest w rozsypce, seriale telewizyjne tworzą swój własny świat, a wraz ze startem streamingowej platformy DC dostaniemy kompletnie odrębne serie. Jak to możliwe, że najjaśniejszym punktem i tym samym światełkiem w tunelu okazuje się film o jednym z najbardziej obciachowych superbohaterów? Recenzja filmu Aquaman.

Aquamana poznaliśmy w migawce Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości oraz trochę lepiej w Lidze Sprawiedliwości. Akcja jego solowego filmu nie cofa nas w przeszłość jak Wonder Woman, ale rozgrywa się jakiś czas po potyczce ze Steppenwolfem. Arthur Curry postanowił korzystać ze swoich zdolności, by pomagać potrzebującym i podczas, gdy Superman, Batman i Wonder Woman chronią lądy, on dba o bezpieczeństwo na morzach i oceanach.

Uniwersum DC:
Człowiek ze Stali
Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości
Liga Sprawiedliwości
Wonder Woman
Aquaman
Shazam

Po jednej z akcji po Aquamana upomina się jego dziedzictwo. Jako syn królowej Atlantów i człowieka Arthur nie jest mile widziany w podwodnych królestwach, ale mimo to zachowuje prawa do tronu. Gdy dowiaduje się, że jego przyrodni brat Orm (Patrick Wilson) siłą i podstępem jednoczy podmorskie królestwa, by zaatakować mieszkańców lądów, Arthur decyduje się stanąć do gry o tron.

Przed obejrzeniem filmu zastanawiałem się skąd te wszystkie pozytywne reakcje i ogólna podjarka filmem. Na papierze Aquaman wygląda bardzo przeciętnie i z takim też nastawianiem poszedłem do kina. I tutaj DC oraz Warner Bros. porządnie zaskoczyli. Darowano nam utartą formułę origin story, ponieważ Aquamana już znamy. Podczas seansu kilkukrotnie na parę chwil wracamy do przeszłości, by poznać matkę Arthura oraz to jak zdobywał i szlifował swoje zdolności. I to w zupełności wystarczy!

Druga sprawa to porzucenie charakterystycznej dla DC powagi i mroku na rzecz dużo lżejszego tonu. Żarty bardzo często rozluźniają atmosferę, a w kilku momentach film zmienia się wręcz w slapstickową komedię. Relacja Arthura oraz Mery pełna jest zabawnych sytuacji charakterystycznych dla przygodowych komedii lat 80. W pewnym momentach czujemy się jakbyśmy oglądali kolejnego Indianę Jonesa czy Miłość, szmaragd i krokodyl. To naprawdę działa!

No i pozostaje akcja. Twórcy filmu popuścili wodze fantazji przedstawiając obłędnie wyglądające podmorskie królestwa. Nikt nie silił się na realizm, więc pod wodą jest iście bajkowo. Finałowa bitwa wygląda jak starcie pod Minas Tirith z Władcy Pierścieni podniesione do kwadratu i nie ważne, że coś przeczy logice czy fizyce. Jednak najbardziej widowiskowa sekwencja filmu rozgrywa się na Sycylii. Pościg po dachach i walka z jednym z czarnych charakterów są tak genialne, że nie można oderwać wzroku. Nie widziałem tak fenomenalnej sceny akcji w żadnym filmie superbohaterskim (walkę Avengers z Thanosem zjada na śniadanie). Czysta magia.

Tak, Aquaman się udał! Film, w który kompletnie nie wierzyłem okazał się najlepszą produkcją DC! Jest to bezsprzecznie film, który powinien dać kopa całemu uniwersum, bo w jak widać potencjał postaci jest ogromny, muszą się tylko znaleźć w odpowiednich rękach. Idźcie do kina!

9/10