Jeśli czytaliście moje recenzje poszczególnych odcinków to wiecie, że finałowy sezon Gry o Tron bardzo mnie rozczarował. Dzisiaj zamiast zalewać spoilerami postaram się znaleźć przyczyny tej spektakularnej porażki. Recenzja ósmego sezonu serialu Gra o Tron.

Gra o Tron sezon finałowy:
1. Gra o Tron 8×01: Winterfell
2. Gra o Tron 8×02: A Knight of the Seven Kingdoms
3. Gra o Tron 8×03: The Long Night
4. Gra o Tron 8×04: The Last of Stark
5. Gra o Tron 8×05: The Bells
6. Gra o Tron 8×06: The Iron Throne

Na finałową serię kazano czekać nam dwa lata. W roku 2018 w okienku Gry o Tron pojawił się drugi sezon Westworld, a fanom kazano cierpliwie czekać. Przez cały ten czas twórcy i aktorzy podgrzewali atmosferę zachwalając nieprawdopodobnie rozbuchane i spektakularnie zrealizowane bitwy, porównując je nawet do największych momentów niedoścignionego pod tym względem Władcy Pierścieni. Złapałem ten hype i naprawdę nie mogłem doczekać się ostatecznych rozstrzygnięć. Czy moje i milionów innych widzów, oczekiwania były zbyt wygórowane jak twierdzą niektórzy? O tym dalej.

Finałowy sezon to zaledwie sześć odcinków. Dwa pierwsze trwające około 50 minut i cztery kolejne trwające ponad 70. Gdy trzy lata temu ogłoszono, że dwa ostatnie sezony będą liczyły łącznie trzynaście odcinków szczerze podziwiałem twórców i HBO. Skrócenie kury znoszącej złote jaja wymaga dużej odwagi i kredytu zaufania jaki stacja dała twórcom. Wtedy wierzyłem twórcom mówiącym, że nie chcą na siłę rozciągać wątków fabularnych i wydawało mi się, że to najlepsza droga by zamknąć wszystko na poziomie do jakiego serial nas przyzwyczaił. No właśnie, wydawało się.

Czas, czas goni nas

Zarówno siódmy jak i ósmy sezon pokazują, że to totalna bzdura. Każdy kolejny odcinek przeskakiwał po całym Westeros, jakby wszystko rozgrywało się w jednej miejscowości. Bohaterowie niemalże teleportowali się z jednego końca świata na drugi, a nikomu nie chciało się nawet podkreślić, ile trwała dana podróż. Ktoś przyjeżdża po latach do Winterfell, cyk, w kolejnym odcinku jest na Smoczej Skale. Co więcej wraz z teleportami zaczęły nasilać się skróty fabularne i myślowe. W finałowym sezonie zaczęto pozbywać się drugoplanowych postaci, którym nie napisano żadnego wątku, a mieli po prostu robić za swoiste shockery. Problem w tym, że śmierci nic nie wnoszą do fabuły. Postaci usuwane są z serialu bardzo szybko, byleby przeskoczyć do kolejnego punktu w scenariuszu, bo goni nas czas i mamy tylko sześć odcinków. Nikt nie wspomina o nich pięć minut po śmierci, bo brak pana X czy pani Y nie ma żadnego znaczenia. Przykre.

Pogadałbym, ale zaraz mam autobus

Z poprzednim akapitem wiąże się scenariusz, a raczej jego brak. Finałowy sezon powstawał dwa lata. Dwa lata na dopięcie wszystkich wątków, wyjaśnienie dręczących nas od lat pytań i dobre zakończenie. Nic z tego nie wyszło… Budowane przez 10 lat wątki rozwiązywane są na przestrzeni jednego odcinka. I to w najbardziej żenujący sposób. Pamiętacie pompowaną przez dwa lata bitwę z Nocnym Królem? Ba, wojnę z Białymi Wędrowcami zapowiadała pierwsza scena z pierwszego odcinka serialu. I co? Pomijając fakt, że jest fatalnie zrealizowana technicznie (więcej o tym tutaj) to kompletnie niszczy wszystko to, co zapowiadano przez lata. Ponadto praktycznie żadna tajemnica zagrożenia zza Muru nie została wyjaśniona. Nikt nawet nie spróbował rzucić jakiegoś światła na genezę Nocnego Króla, na zostawiane przez lata znaki z ludzkich i zwierzęcych ciał. Po prostu – koniec bitwy, całkowite wycięcie wątku. I tak jest do samego końca. Niestety.

Azor Ahai, Kaliban i inne mrzonki

Inną, istotną kwestią jest fakt, że Benioff i Weiss przegapili też możliwość wynagrodzenia fanów. Przez lata fandom dostarczył gigantycznej porcji teorii. Teorii niekiedy durnych, innym razem iście błyskotliwych (jak ta z Hodorem). Teorie dotyczyły wszystkich najważniejszych postaci, ale również próbowały znaleźć odpowiedź na pytania, jakie pojawiały w ostatnich latach. Finałowy sezon był idealnym miejscem na dostarczenie choćby malutkiej porcji tego, czym przez lata żyli fani. Nic z tego. Scenariusz szedł po najniżej linii oporu, odhaczał tylko rzeczy do odhaczenia i wycinał wszystko to, co wymagało większego wysiłku. Może premiera była zbyt wcześnie, bo gdyby panowie wybrali się na Avengers: Koniec Gry zobaczyliby jak bracia Russo traktują swoich fanów. W momencie, gdy zaczęły nawarstwiać fabularne nieścisłości przykryto je gigantycznym wręcz fanserwisem, a niektóre wątki napisano w oparciu o fanowskie teorie. I nic nikomu się nie stało, a film tylko zyskał.

Anatomia upadku

Czy zatem oczekiwania były zbyt wygórowane? W moim przekonaniu nie. Zdecydowanie nie. Twórcy finałowego sezonu, David Benioff i D.B. Weiss nie udźwignęli popkulturowego kolosa, jakim stała się Gra o Tron. Nie chcieli słuchać fanów podczas gdy, tworzyli oni wiele naprawdę ciekawych teorii. Słowem, nie zrobili nic, by dostarczyć widzom to czego tak naprawdę chcieli. Gra o Tron już w siódmym sezonie zmieniała się w serialowy blockbuster, a w ósmym zastosowano zasadę klasycznego filmowego sequela: więcej, głośniej, mocniej. I to okazało się zgubne. Benioff i Weiss zapomnieli, że Gra o Tron czarowała zakulisowymi intrygami, pogłębionymi postaciami i zawsze kazała spodziewać się niespodziewanego. To nie smok niszczący wszystko dookoła miał nas wbić w fotel, a fabuła i bohaterowie, których kochamy i nienawidzimy od prawie 10 lat. Niestety po latach będziemy pamiętać nie to jakim cudownym serialem była Gra o Tron, a to jak bardzo ją spartolono. Szkoda.

PS. Twórcy serialu David Benioff i D.B. Weiss zajmą się kolejną trylogią Gwiezdnych Wojen, która zadebiutuje w kinach w 2022 roku. Oby z lepszym skutkiem…